— Garbatka jest dla bogaczy, dla letników. Lejzora nie stać na Garbatkę.
I na tym na razie się skończyło. Mama wyszła z pokoju zagniewana. Tojba natychmiast posłała łóżko ojca. Kolację też podała mu do stołu. Tato nie zareagował.
Do chederu przestałem chodzić. Do mego rebego Szyme-Josefa sprowadzono doktora Fidlera. Pomóc Szymie-Josefowi mogło tylko miłosierdzie boskie. Z kilkoma chłopcami zacząłem się kręcić wśród chłopskich furmanek na rynku. Obmacywaliśmy worki pszenicy, łuskaliśmy orzechy. W domu jeszcze nie wiedziano, czy jedziemy na wieś, czy zostajemy. W sobotę po obiedzie ojciec uciął sobie drzemkę i zaraz potem poszedł do swego wspólnika. Tojba siedziała na podwórzu. Mama też chciała gdzieś pójść, ale przyszła z wizytą babcia Rachela. Mamie niczego więcej nie trzeba było. Miała się przed kim wyżalić. Oto jej mąż chce ją wysłać na całe lato gdzieś na zadupie. Nie ma dla niej litości. To morderca, a nie mąż. Nie pozostaje jej nic innego, jak tylko z sobą skończyć.
Babcia Rachela nigdy nie żyła w zgodzie z moim ojcem. Broń Boże, żeby się kłócili, ale w sercu każde z nich żywiło do drugiego urazę. Ojciec nieraz powtarzał, że całe zło, które tkwi w mamie, pochodzi od babci. Mama zaś twierdziła, że po pierwszym mężu, przy którym miała mosiężne klamki w drzwiach, nisko upadła, wychodząc za mąż za mego ojca.
Teraz byłem pewny, że po wyżaleniu się mamy, babcia sprzeciwi się wyjazdowi na wieś.
Okazało się jednak, że grubo się pomyliłem.
— Powinnaś dziękować Bogu — oświadczyła babcia, gdy mama się wypłakała — że trafiła ci się taka okazja.
Na twarzy mamy pojawiło się zdumienie.
— Ty też, mamo?
— Co znaczy, ja też? A kto by powiedział: nie jedź?