— Przecież mój ojciec nie jest litwakiem.

— Za to jest kimś innym. Ale rzecz najważniejsza: czy ci się podoba?

— Jest taki chudy. Do tego szewc...

Głos Tojby dobywał się jakby nie z jej gardła. Był to obcy głos.

— Posłuchaj mnie, Tojbo! Bóg mi świadkiem, że pragnę twego szczęścia. Nie wszystko jednak tak się układa, jak sobie człowiek wyobraża. Że z niego porządny człowiek, gołym okiem widać. Potrafi też zarobić na życie. Pochodzi z dobrej rodziny. Ojciec jest przełożonym jesziwy, a on sam też prostakiem nie jest. Słowem moja rada...

Mama przerwała, nie dokończywszy zdania. Ramiona Tojby opadły.

— Kochana ciociu — westchnęła i wybuchnęła płaczem.

— No, nie płacz. Co tu można zrobić — powiedziała ciepłym głosem mama i pogłaskała Tojbę po ramionach — zdaję sobie sprawę, że w innej sytuacji...

Tojba rozpłakała się na dobre. Do późna w nocy trzęsły się jej ramiona.

Rozdział XXV