Po weselu Tojby zebraliśmy drugi pokos z łąk. Słońce zachodziło już w połowie dnia. Było żółte i zimne. Z ziemi wiało wilgotnym i zgniłym zapachem. Spichlerze i stodoły pękały od zebranego zboża. Co nam teraz pozostało do robienia?

Zapakowaliśmy więc pościel, garnki oraz miski i opaleni, wypoczęci pojechaliśmy z powrotem do miasta. Po drodze widzieliśmy, jak chłopi przystąpili już do nowej orki. Za pługiem kroczyły czarne stada kruków i wron. Pachniało zleżałymi jabłkami, kiszoną kapustą i ciepłym jęczmieniem.

Długi Luzer w drodze powrotnej przy karczmie zatrzymał nasz wóz i złożył ojcu gratulacje z okazji ślubu córki. Spytał, jak trawa obrodziła i czy będzie zysk. Nie zapomniał przy tym dodać, że jeśli Lejbke wróci z wojska, ojciec ma go natychmiast zawiadomić. Córka Luzera, Sara, której twarz podczas lata zaokrągliła się i wygładziła, a biodra znacznie pogrubiły, podała nam po talerzu barszczu zaprawionego czosnkiem, a na drugie po dużym kawałku tłustego mięsa z kartoflami. Poczęstowała nas również wiśniakiem własnego wyrobu. Po poczęstunku, kiedy wsiedliśmy do wozu, żeby ruszyć w dalszą drogę, mama stwierdziła, że dziewucha z karczmy z pewnością jest osobą gospodarną i zaradną, a Luzer posiada niewątpliwie sakwę pełną forsy. Kiedy Lejbke powróci ze służby u Iwana, trzeba będzie koniecznie pogadać z Luzerem o urządzeniu jego przyszłości. Tato się nie odzywał. Wyglądał na osobę, którą trapi smutek. Mnie też nie było wesoło. Na wozie zabrakło Tojby. W oczach nadal miałem widok leżącego w drgawkach i z pianą na ustach jej męża. Koń wlókł się ospale. W koronach topól krakały wrony. Tym razem nie napoiliśmy konia przy mostku. Nawet tutaj wyczuwało się, że nadchodzą Straszne Dni z ich grozą i melancholią.

W mieście można to już było dostrzec na twarzach Żydów. Błagalne modły odprawiane o północy zostawiły na ich twarzach ślady bezsenności, niepokoju i troski, które zawsze towarzyszą dziesięciu dniom pokuty. Nie lubię tych dni. Jest to bowiem czas, kiedy tato budzi mnie w środku nocy i prowadzi do bóżnicy na błagalne modły zwane Slicho. Muszę wtedy wysłuchiwać pękniętego głosu kantora Moszki.

W domu wszyscy chodzą zatroskani i zmartwieni. Co rano muszę pędzić do bóżnicy, żeby się pomodlić i wysłuchać trąbienia w szofar81, który zawsze przywodzi mi na pamięć śmierć. Co by to komu, myślałem w duchu, szkodziło, gdyby lato trwało przez cały rok? Czy nie byłoby piękniej, gdyby błagalne modlitwy odmawiano na polach, zbożem malowanych? Czy nie byłoby milej Bogu, gdyby przy pulpicie kantorskim stał młody człowiek o pięknym głosie, a nie Moszke od garkuchni, który stęka jak tępa piła? A w ogóle dlaczego Żydzi wybrali sobie takie smutne święta? I oto zajechaliśmy już na nasze podwórze. Jarme ze swoim omnibusem zapewne był w Warszawie. Nikt bowiem nie wyszedł na spotkanie z nami. Od sadu czuć było wilgocią. Kiedy otworzyliśmy drzwi mieszkania uderzył nas w nozdrza zapach myszy i pajęczyny. Ze wszystkich zakątków wyłaziły robaki. Czarne, żółte, wypasione.

Mama razem z wynajętą gojką, uzbrojone w ścierki i miotłę, robiły w domu porządek. Sprzątały i myły. Czekają nas przecież święta.

Ja obijałem się. Do chederu przed świętami już się nie chodziło. Zresztą mełamed Szyme-Josef w czasie naszego pobytu na wsi, przeniósł się na tamten świat. Żona bałaguły Jarme powiedziała, że w kondukcie pogrzebowym szedł urzędowy rabin, reb Aron. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, jakim porządnym i uczciwym człowiekiem był Szyme-Josef. Ciało zawieziono najpierw do bóżnicy. Sam rabin odprawił hesped82. Płacz i lament sięgały nieba. Tylko jego uczniowie, głupi i łobuzowaci, nie uronili ani jednej łezki.

Ja bym chyba też nie płakał, albowiem Szyme-Josef, ten porządny ze wszech miar Żyd, miał brzydki nawyk szczypania chłopców z chederu w miękką część ciała. Miał też ten porządny i wielebny Żyd zwyczaj wypędzania nas w połowie tygodnia, to znaczy w środę, na ulicę. Zamykał potem drzwi do chederu na łańcuch. Welwele, chłopiec zwany gojem, bo już zdążył się kiedyś najeść wieprzowiny, wyjaśnił nam, że rebe wygania nas dlatego, że podczas naszej nieobecności kładzie się z rabinową do łóżka. On, Welwele, zobaczył to kiedyś na własne oczy. I jeszcze jeden nawyk miał Szyme-Josef. Zabierał często chłopcom jedzenie, pożyczał od nich pieniądze i nigdy nie zwracał.

Ale jak by tam nie było, Szyme-Josef jest już w Świecie Prawdy. Należało mu oddać cześć. Przecież był to biedak nad biedakami.

Jeszcze nie wiem, do którego chederu mam teraz iść. Ja bym chętnie poszedł do szkoły pana Pomeranca, ale tam uczą się tylko dzieci bogaczy. Mendel, syn cioci Noemi, tam właśnie się uczy. Tymczasem nie robię nic. Jankiela nie ma. W ogóle się o nim nie mówi. Żona bałaguły Jarme chodzi z dość pokaźnym brzuchem.