— Z pewnością jest w ciąży — powiada mama, trochę zadziwiona — w tym wieku?
Żona starszego strażnika chodzi z zadartym nosem. Twarz ma pokrytą żółtymi plamami. Mama nie patrzy na nią. Rosyjska gojka również odwraca od mamy głowę. Nie rozmawia z nikim z naszego podwórza. Jej mąż zasuwa po podwórku dużymi krokami pobrzękując szablą i nie odpowiada na żadne „dzień dobry”. A ja chętnie bym go zapytał o to, co porabiają w więzieniu morderca Szczepko i rozbójnik Szwerman. Ciekaw jestem, czy zesłano ich już na Sybir. Chciałbym też porozmawiać z jego córeczką, z Janinką. W ciągu lata wyrosła. Jej oczy przybrały kolor ciemnobłękitny. W długich jasnych, lnianych włosach lśni jedwabna niebieska kokardka. Przystąpić teraz do Janinki nie sposób. Nosi granatową sukienkę z czarnym fartuszkiem. Żona bałaguły powiada, że Janinka uczęszcza już do żeńskiego gimnazjum. Czuję, że już nigdy nie podejdę do Janinki. O czym mógłbym z nią rozmawiać? Oprócz Pięcioksięgu i komentarzy Raziego nic jeszcze nie umiem. W Leniwie zdążyłem i to nawet zapomnieć. Szczęście, że zbliżają się święta. W świąteczne dni nie myśli się poważnie o przyszłości.
Na cześć święta zrobiło się bogato w domu. Mama kupiła winogrona, miód, dwie plecione chały. W misce pływał karp. Czuło się zapach faszerowanej kury. Szkoda tylko, że tym razem na Rosz Haszana nikt do nas w gościnę nie przyjechał. Ani z Warszawy, ani z Łodzi.
Toteż mimo czysto sprzątniętego mieszkania, mimo zapachu smakowitych potraw, smutek unosi się w domu. Przy stole jest nas tylko troje. Posiłki zjada się na chybcika. Patrzymy w czysto umyte okna, jakbyśmy kogoś wypatrywali.
Pocieszam się tym, że w Leniwie jest teraz jeszcze bardziej smutno. Pole dawno już zżęte. Las czarny, mokry. W chałupie pali się lampa naftowa albo świeczka łojowa. A u nas, było nie było, jest jasno. Na stole pachną winogrona i miód. A jak się bardzo, bardzo chce, to nawet nie jest tak smutno. I oto drugiego dnia świąt ojciec przyprowadził z bóżnicy gości. Młodego żołnierzyka z Rosji. Chłopak ma czarne wąsiki i czerwone policzki. Gdyby nie ogolona jak u złodzieja głowa można by było pomyśleć, że to Mojsze, mój zmarły brat. Mówił z akcentem litwackim. Litera „r” dziwnie u niego brzmiała. Kiedy zabrakło mu stosownego żydowskiego słowa, zastępował je rosyjskim. — Da — mówił — tak toczno barinia83.
A barinia, to znaczy mama, chętnie z nim rozmawiała. Wypytywała go o to, skąd pochodzi, co robi w wojsku i jak długo jeszcze ma służyć. Jej podbródek przy tym nadymał się i marszczył. Żołnierzyk powiedział, że pochodzi z Kijowa. Jego ojciec to kupiec pierwszej gildii. Siostra to zubnoj wracz84, a starszy brat to aptekar.
— Co to jest aptekar?
— To taki, co robi lekarstwa.
— Pan chyba ma na myśli aptekarza — wtrąciła się mama.
— Da, da, barinia, aptekar.