— Nie wyganiam, ale Lejbke jest mi tak samo drogi, jak tobie Cypele.

— Lejbke to mężczyzna. Może spać, gdzie chce, zaś moja Cypele, to nie twoja Tojba.

Tato nie mógł trafić ręką do rękawa kapoty. Nie zadawał więcej pytań. Wyjął z kieszeni jeszcze jeden rulon monet. Połowę zostawił na stole i ciężkim krokiem wyszedł z domu.

Po jego wyjściu mama zaczęła szybciej sprzątać. Czyniła to z jakimś zacięciem. Co chwila pociągała nosem i wreszcie rozpłakała się na dobre. I po co była ta cała awantura? Przecież sam Lejbke oświadczył, żeby mu pościelono w kuchni na ławkach, a Cypie żeby oddać łóżko.

Rozdział XXVII

Cypa zjawiła się rano w wigilię święta. Młoda, zarumieniona, pachnąca wielkomiejskością. Do mieszkania weszła krokiem dziarskim, z hukiem i trzaskiem. Od razu wypełniła sobą cały dom. Postawiła na podłodze swoje pudła i koszyki. Zarzuciła łóżko rękawiczkami, torebkami i wałkami. Latała po mieszkaniu jak spłoszona kura, wzniecając dookoła kurz. Pierwszego już dnia pobytu zrobiła mamie zarzut, dlaczego lustro wisi zbyt wysoko i twarz w nim odbita ma kolor niebieski.

Mamie wskutek tego peruka ześlizgnęła się na bok. Nie wiedziała, gdzie się podziać.

— Cypele — zapytała zmieszana trochę — i co u ciebie słychać? Jak ci się powodzi? Jak z twoim zdrowiem? Słyszałam, że podobno kasłałaś.

— Jestem zdrowa, mamusiu. Wcale nie kasłałam.

— To dlaczego tak źle wyglądasz? Masz jakieś zmartwienie?