Do swidania106! Do swidania!

Mama wycierała łzy. Całowaniu z Cypą nie było końca. Mama upomniała ją, żeby nie wygłupiała się i wyszła za mąż za szczotkarza. Cypa w czasie pobytu u nas zwierzyła się jej, że ma dość swego narzeczonego. Szczotkarz jest jej bowiem niemiły. To prostak nie znający słowa po polsku. Nie umie się porządnie zachować wśród ludzi. Mama była tym zmartwiona. Powiedziała jej, że teraz jest już za późno, żeby zrywać z narzeczonym. Trzeba było wcześniej rozeznać się w sytuacji. Zresztą szczotkarz poślubia ją bez posagu.

Cypa na wywody mamy oświadczyła, że nie wie, jak ostatecznie postanowi, ale kroi jej się nowy, lepszy związek. Ma lepszego kandydata. Jest to buchalter.

I tak wyjechała Cypa. Bez grosza przy duszy i bez pożegnania z ojcem. Mama po jej wyjeździe nieraz wzdychała. Jej westchnienia razem z zapachem pudeł i flaszeczek Cypy wypełniały nasz dom przez całą zimę.

Rozdział XXVIII

Po świętach sad przy naszym podwórzu sczerniał i zwilgotniał. Sadownik Zajmweł odwiózł do domu zmiętą czerwoną pościel i ostatni wózek zimowych jabłek. Wieczory zapadały w południe. Mgliste i gęste. Spadające żółte liście kładły się na szybach okien. Ojciec w te wieczory siedział nad stołem i kredą rozliczał się ze wspólnikiem Motle z rozchodów i dochodów Leniwy.

Lejbke nie było w domu. Miał pojechać do Warszawy szukać roboty. Czekał na list od Cypy. Obiecała mu napisać i odesłać pożyczonego rubelka. Ale widocznie zapomniała. Chodził więc Lejbke zamknięty w sobie i zadumany. Już nie opowiadał o wojsku. Dziegieć wyparował z jego ciała. Pewnego dnia przyszedłszy do domu oświadczył, że przenosi się do własnego mieszkania. Dostał pracę u ślusarza Pinchasa, u którego będzie zarabiał sześć rubli tygodniowo razem z obiadem.

No i przeniósł się. W sobotę po obiedzie przyszedł z wizytą. Mówił coś pod nosem i przytupywał nogą. Zapytał też o Cypę. Ciekaw był, czy pisze, czy już wyszła za mąż. Poprosił też mamę, żeby do listu dołączyła jego pozdrowienia. Lejbke z pewnością zauważył, że u nas w domu nie przelewa się, toteż pewnego dnia powiedział mamie, że jeśli potrzebuje pieniędzy, to gotów jest jej pożyczyć. Mama oczywiście potrzebowała pieniędzy. Broń Boże, nie dla siebie i nie na jakieś wymyślne rzeczy, ale dla mnie. Po święcie bowiem przestałem chodzić do chederu. Mama posłała mnie do prawdziwej szkoły, za którą trzeba płacić i w której uczą rosyjskiego i gramatyki. Tato był przeciwny. Twierdził, że w szkole wychowują dzieci na gojów. Dzieci uczą się bez nakrycia głowy. Wtedy do sporu dołączył się Lejbke. Powołał się na przykład z Jekatierinosławia. Tamtejszy kazionny rabin107 też kiedyś chodził do takiej szkoły. Nie wiadomo, może kiedyś ze mnie też będzie kazionny rabin.

Możliwe, że Lejbke tylko sobie pożartował, ale w nowej szkole rzeczywiście inaczej uczono. Po ukończeniu jej można było czytać książki, można było zaglądać do hebrajskiej gazety „Macefira” i można było działać w ruchu syjonistycznym. Słowem zupełnie inaczej niż w chederze Szyme-Josefa. Nie jedna, ciemna izba z wytartymi ławkami przy ścianach, tylko dwie duże izby z czystymi oknami, z żelaznymi balkonami, wychodzącymi na ulicę.

W obu izbach stały niczym żołnierze, w szeregu jedna za drugą, ławki. Czarne, krótkie, z otworami na kałamarze i szufladkami, w którym można było trzymać jedzenie i piśmiennicze akcesoria.