Ale ojciec nie słyszał. Przez całe święta nie słyszał i nie odzywał się. Wieczorem, kiedy Święto Szałasów dobiegło końca, mama wzięła się do pakowania pudeł Cypy. Bałaguła Jarme, który już z nastaniem nocy zaprzągł konie, zażądał za jazdę do Warszawy sześć złotych. Koleją kosztowało to jednego rubla i pięćdziesiąt kopiejek.

W związku z tym Cypa wybrała kolej. Nie będzie się przecież tłukła całą dobę wozem jakiegoś tam Jarme bałaguły. Co na to powiedzą w Warszawie?

Szkopuł jednak w tym, że do jazdy koleją zabrakło jej tego rubla. Mama też nie miała pod ręką. Tato po Hawdale włożył świąteczną kapotę i zabierał się do wyjścia. Mama zagrodziła mu drogę do drzwi:

— Lejzorze, możesz mi dać rubla?

— Co?

— Potrzebny mi jest rubel.

Ojciec, nie mówiąc słowa, zanurzył głowę w kołnierzu i wyszedł. Cypa wodziła za nim swoimi pięknymi migdałowymi oczyma i wcale nie migdałowo burknęła:

— Lejzor jołop!

Krew uderzyła mi do głowy. Czasami w przypływie gniewu mama rzucała w niego tym przezwiskiem. Ale ona, po pierwsze, była jego żoną, a po drugie, zawsze uważała, że wychodząc za niego za mąż uczyniła mu łaskę. Ale Cypa przebywała u niego w domu przez całe święta i zjadała owoce jego harówki. Jakim prawem zdobyła się na taką bezczelność?

Gdybym w owej chwili mógł podejść do Cypy, która molestowała mamę o rubla i dać jej w mordę, to by przybyło mi dziesięć lat dodatkowego życia. Miałem satysfakcję z tego, że tato udawał głuchego, kiedy poszło o tego rubla. Cypa jednak tego wieczoru wyjechała i to koleją. Rubla dał jej Lejbke. Był to nowy szeleszczący banknot. Lejbke zaniósł jej też pudła do wagonu. Cały czas stawał przed nią na baczność, stukał obcasami, niczym oficer. Kiedy pociąg ruszył, szedł za nim i machał w powietrzu kapeluszem. Żegnał się z nią po rosyjsku: