— Dlaczego sama? — zapytuje mamę. — Dlaczego nie razem z Lejbke?

— Gdzie jemu do Cypy — powiada mama z taką dumą w głosie, jakby była posiadaczem statku na morzu.

I mimo, że Cypa jest taka piękna i Lejbke się do niej nie umywa, w domu podczas jej pobytu daje się odczuć jakąś obcość.

Mnie Cypa w ogóle nie dostrzega. Nie przywiozła mi z Warszawy żadnego prezentu. Nikomu zresztą nic nie przywiozła. Jej pieśni o Pięknej Helenie i o Żydówce są dla mnie dalekie, zbyt obce, nie moje. Mnie bliższa jest i milsza pieśń Ity o chłopcu, który pojechał do Wiednia, żeby zobaczyć się z rodzicami. A w ogóle w domu nikt poza Cypą się nie liczy. Mama nie przestaje o niej mówić. Gotuje i piecze dla Cypy. Mama sama myje i pucuje garnki i miski, a Cypa stroi się i wdzięczy do lustra. Mama sama zanosi jedzenie do szałasu świątecznego, a Cypa nawet nie stara się jej zastąpić. Nawet w nocy, kiedy wszyscy śpią, mama schodzi z łóżka, żeby popatrzeć na Cypę. Sprawdza, czy drzwi do kuchni, w której śpi Lejbke są zamknięte. Staje nad łóżkiem Cypy i wsłuchuje się w jej oddech.

Sama Cypa zachowuje się wyniośle. Zadziera nosa. Ona też zdaje sobie sprawę, że Lejbke się do niej nie umywa. Z ojcem w ogóle nie rozmawia. Po przyjeździe nawet z grzeczności nie zapytała:

— Co słychać, wujku? Jak się czujesz?

Tylko raz, kiedy stała nad jedną swoją otwartą walizką, od niechcenia zapytała:

— Jak ci się powodzi, rebe Lejzorze?

Ojciec nie odpowiedział. Mama skrzyczała go.

— Lejzorze, przecież cię pytają. Dlaczego nie odpowiadasz?