To myśmy wychodzili z ziemi egipskiej razem z Mojżeszem. Słyszeliśmy dudnienie kroków, stukot kół rydwanów faraona. To na naszych oczach rozstąpiło się morze. Widzieliśmy, jak Egipcjanie tonęli razem ze swoimi końmi i wozami w odmętach wody. Słyszeliśmy, jak Mojżesz razem z żydowskim ludem śpiewał Az jaszir113. Wtedy rebe zaśpiewał i o tym, jak prorokini Miriam wtórowała mu na bębenku.
Gdyby przez cały okrągły rok nauczał nas rozdziału Beszałach, nie zbrzydłoby to nam. W dodatku rebe Dawid zapominał wtedy o korzystaniu ze skórzanego rzemyka i o obrzucaniu nas przekleństwami.
Trzeba było jednak jeszcze coś umieć oprócz Pięcioksięgu. Był tedy drugi nauczyciel. Ten już nie był zwyczajnym, prostym Żydem. Rebe Jankele nie chodził w starej kapocie. W zimowe wieczory uczył nas gramatyki. Nie mógł nas uczyć przy świetle dziennym. Jego głos, cała postura były mroczne jak zimowe wieczory. Wysoki, przygarbiony, z małą czarną bródką, rebe Jankele przybył do naszej szkoły z bardzo daleka, aż ze skaryszewskich rogatek. Nie nosił starych, sfatygowanych pantofli jak rebe Dawid, ale wypucowane, skrzypiące, świąteczne buty z cholewami, które mu pozostały z czasów, kiedy handlował lasami. Hebanowa, czarna laseczka z białą, kościaną rączką, także mu pozostała z owych czasów. Nawet powolny, rozważny chód i kołnierzyk z czarnym krawacikiem pozostały mu z czasów, kiedy był kupcem, kiedy jego tratwy płynęły Wisłą do Gdańska.
Rebe Jankele mówił wtedy donośnym głosem. Uderzał hebanową laską w podłogę, gdy biedak przychodził po jałmużnę. Nie miał tak bladej twarzy i zapadniętych oczu jak dzisiaj. Tamte czasy jednak dawno już minęły.
Z dawnych lasów i tratew pozostał mu tylko szlachetny tytuł rebe Jankele i jeszcze szlachetniejsi żydowscy prorocy Izajasz i Ezechiel. Mówiono, że reb Jankele został na starość nauczycielem nie z powodów materialnych i także nie z tej racji, że kiedyś miał kłopoty z wychowaniem swoich synów, ale z wielkiej miłości do Tanachu114, do Pisma Świętego.
Kiedy przeczytał nam pierwsze zdanie z Księgi Izajasza, od razu widać było, że ten były bogacz i potentat nieczuły jest na wszelkie dobra tego świata. To nie prorok Izajasz karcił grzeszny lud Izraela, tylko nasz rebe Jankele. Głos jego stawał się czarny. Czarny jak on sam.
„Synów wychowałem i wypiastowałem, ale oni odstąpili ode mnie” — przeczytał te słowa proroka i opuściwszy głowę ciężko westchnął, jakby z kimś rozmawiał i uskarżał się na własny gorzki los.
Kiedy przerabiał z nami Treny Jeremiasza, stawał się i mały, i pochylony jak prorok Jeremiasz. Cichym, niekrzykliwym głosem zapowiadał zagładę. Szeptał do siebie po cichu o zagładzie Jerozolimy, podobnie jak cicho gruchają do siebie gołębie za oknem.
Rebe Jankele mieszkał w oddzielnej alkowie u swojej najmłodszej córki Debory, która wyszła za mąż w okresie, kiedy on już zdążył zubożeć. W takich warunkach musiała się zadowolić mężem niepochodzącym z najlepszej rodziny. Debora codziennie pucowała skrzypiące buty ojca. Odkurzała też jego hebanową laskę i chociaż sama miała już dwóch dorosłych chłopców, którzy przygotowywali się do składania egzaminów do gimnazjum, do ojca zwracała się po dawnemu:
— Tatusiu, może tatuś weźmie coś do szkoły? Może ciastko, może jabłuszka?