Moja siostra Bejle, która mieszka w sąsiedztwie z rebe Jankelem, opowiada, że on całe noce spędza na pisaniu czegoś przy świetle świecy. Mówią, że pisze książkę. Wszyscy sąsiedzi wiedzą o tym, ale każdy na swój sposób to tłumaczy. Rebe woli o tym nie mówić.
W szkole chodzi podpierając się laską. Pochylone ramiona wysuwa do przodu. Chodzi wsłuchany w wersety Pisma, pogrążony we własnych marzeniach. I chociaż wydaje się, że nie wie, co się wokół niego dzieje, to jednak dostrzega, kto gra w guziki. Dostrzegłszy, podchodzi cichuteńko, bez skórzanego rzemyka, jak to czynił rebe Dawid i bez typowych dla tamtego przekleństw. Podchodzi sobie jakby nigdy nic i oparłszy się jedną ręką na lasce, a drugą na ławce, pyta:
— Chłopcze, czyj ty jesteś?
— Krawca Itczego.
— Jak się nazywa twoja matka?
— Frajdl.
— To powiedz matce, a dobrze będzie, jeśli i tato posłucha, że szkoda ich trudu. Twój tato z pewnością ciężko haruje na kawałek chleba. Mama twoja, domyślam się, zbiera grosz do grosza, żeby opłacić twoją naukę, a ty obracasz wniwecz cały ich trud. Myślisz, że nasi prorocy tak sobie, bez celu przemawiali? Byli takimi samymi biedakami jak twój ojciec. Zarobku ze swoich przemówień nie mieli. Im chodziło tylko o to, żeby ich słuchano. A ty co robisz? Grasz w guziki. Powiedz więc, proszę, grzeszysz tym czy nie?
Co tu gadać? Miał rację. Jak można grać w guziki, kiedy on uczy nas Pisma? Czy nie lepiej i słuszniej by było, gdybyśmy wsłuchali się w jego słowa wymawiane z takim wspaniałym zaśpiewem, niż grali w głupie guziki? Ale synek krawca Itczego i kilku jemu podobnych chłopców pozostało głupcami do końca swoich dni. Nie rozumieli, że bez bicia i przeklinania można się też czegoś nauczyć. Dla nich dobry był rebe Dawid albo nauczyciel Matias. Być może, że z powodu właśnie tych chłopców zaangażowano do szkoły pana Matiasa. Inaczej trudno bowiem byłoby zrozumieć, jak mogli pod jednym dachem nauczać tak różni ludzie jak rebe Jankele i taki osobnik jak nauczyciel Matias. Ni to Żyd, ni to goj. Moskal, kacap. Nie inaczej. Uczył nas rosyjskiego, czistopisania i rachunków. Tego wszystkiego uczył nas ochrypłym głosem pijackim, pijackim wymachiwaniem rąk i z pijaną głową. Podczas lekcji palił papierosa za papierosem. Kaszlał i spluwał po kątach. Miał zwyczaj, zasysając powietrze, uwypuklania kości policzkowych. Jego pomarszczona od niewyspania twarz wyglądała wtedy jak skurczona płachta wełniana. Papierosa trzymał nie między wargami, ale w żółtych, przepalonych, szpiczastych jak u wilka zębach. I doprawdy chodził po szkole jak wilk. Wypatrywał chwili, aby móc kogoś z nas dopaść i pożreć. Nie sposób było pojąć jak w tak słabym, wychudzonym ciele, mieściło się tyle złości i okrucieństwa.
Opowiadano, że Matias już od lat nie sypia z żoną. W ogóle nie śpi. Gra w karty. Jego żona jest zielona na twarzy. Nosi żółte futro z czasów króla Poniatowskiego. Nie nosi peruki.
Wszyscy w mieście wiedzieli, że żona Matiasa kupuje mięso w gojskich jatkach. Nie uznaje koszernego i nie soli mięsa. Na Boże Narodzenie ustawia w domu choinkę i żegna się znakiem krzyża. O Matiasie opowiadają, że kiedy wraca nad ranem z gry w karty, bije żonę. Pluje na jej żółte futro i tłucze wszystko, co wpadnie mu w ręce.