Nic dziwnego, że wszyscy się na nich oburzali i skrzętnie omijali dom, w którym Matias mieszkał. Nie bacząc jednak na to wszystko, matki Żydówki starały się posyłać swoje dzieci do szkoły, w której wykładał pan Matias. Moja mama usprawiedliwiała się w taki sposób: po pierwsze — twierdziła — po ukończeniu tej nowej szkoły uczeń potrafi czytać i rozumieć Księgę Ksiąg. Po drugie — chce, żeby jej syn opanował gramatykę i czistopisanie. Ona sama się tego uczyła i dlatego dzisiaj umie pisać listy pannom, które chcą korespondować ze swoimi narzeczonymi, odbywającymi służbę wojskową u cara. Pisze też listy kobietom, których dzieci są w Ameryce. Mama powiada, że nic mi się nie stanie, kiedy czasem oberwę w szkole. Król Salomon też kiedyś kazał od czasu do czasu zbić dziecko. Kiedy się bije w tyłek, rozum dochodzi do głowy.
Po pierwsze, nie jestem już dzieckiem, które należy bić po tyłku. Po drugie, pan Matias nie bije po tyłku, tylko po głowie. A po trzecie, to i bicie nic nie pomoże, gdyż tak ładnie, jak pisze moja mama, ja nigdy się nie nauczę.
Moja mama uczyła się u nauczyciela o innym usposobieniu. Był to człowiek spokojny i grzeczny. Nie miał zapewne pijackich odruchów. Inaczej bowiem nie potrafiłby nauczyć czistopisania. Tu trzeba każdą literkę starannie napisać. Raz grubo, a raz cienko, innym razem okrągło albo ostro. Jak mogłem to wszystko wykonać, kiedy słysząc zbliżające się kroki Matiasa myślałem, że wisi nade mną nóż rzeźnicki. Na odgłos tych kroków dreszcze trzęsły moim ciałem. Oto wyrzucił niedopałek i sięgnął po nowego papierosa. My siedzimy z pochylonymi głowami i z drżeniem w sercu kreślimy litery na błękitnym papierze. Buty nauczyciela skrzypią złowrogo. Zdaje się, że nawet jego buty są pijane.
Oblewa mnie pot, chociaż do mnie właściwie nie może mieć pretensji, zaokrągliłem i wycyzelowałem wszystkie litery tak, że już lepiej się nie da. Chyba tylko mama potrafi je lepiej napisać. Wtem czuję nad sobą gorzki zapach papierosów. Słyszę nad sobą charczenie nauczyciela. Nie zdążyłem nawet podnieść głowy, kiedy poczułem, że coś w niej zaczęło nagle dzwonić. Niespodziewany cios pięści ląduje na mojej twarzy.
— Swołocz115! — krzyczy nauczyciel i zaczyna kaszleć. — Sukinsyn! Tak się pisze „szcza”? Marsz do tablicy! Napisz jeszcze raz sukinsynu!
Wyciąga mnie z ławki za ucho. Czuję ból w całej twarzy. Coś łupie mnie w skroniach. Iskry latają mi przed oczami. Głowy moich kolegów schowały się w ramionach.
Tablica, czyli, jak nauczyciel ją nazywa, doska, przypomina mi deskę, na której nosi się nieboszczyków do grobów. Doska napawa nas większym strachem niż sam nauczyciel. Jest jego rodzoną siostrą. Stoi na trzech nogach, tak jakby też była pijana. Tu nie można się nigdzie schować. Tu stoi zaczajony Matias. Czyha na ofiarę jak wilk na owcę. Nic już nie pomoże. Możesz napisać poprawnie literę „szcza”, ale ciosu w twarz i tak nie unikniesz. Zęby w gębie muszą się rozdzwonić. Małemu Joskowi skrzywił się kiedyś jeden ząb od ciosu. On go potem razem z krwią wyłuskał z dziąsła. U mnie po wypełnieniu połowy tablicy literką „szcza” ze wszystkimi wykaligrafowanymi zakrętasami, lewe ucho miałem naderwane. Strużka ciepłej krwi spłynęła mi na szyję. Matias miał białe wargi. Nie przejął się strumyczkiem mojej krwi. Dołożył mi jeszcze kopniaka w tyłek i zaryczał:
— Paszoł won116, swołocz!
I tak bywało codziennie. Raz ja padałem ofiarą, to znów ktoś inny. Tylko jeden Mojszele, syn szynkarza, nie poczuł na sobie ciężaru pijackich rąk Matiasa. Tenże Mojszele miał dziewczęcą twarz. Ciągle objadał się słodyczami podczas lekcji, a mimo to ciągle uznawany był i przez Matiasa za prymusa. Był to żarłok nad żarłokami. Ciągle ciamkał i coś przeżuwał. Od przejedzenia wyrósł mu duży, jakby nadmuchany brzuch, a ręce stały się tak pulchne, że palce wyglądały jak poduszeczki. To wszystko nie przeszkadzało mu dobrze opanować czistopisania, wiedzieć, ile jest dziewięć razy dziewięć i co to jest imia priłagatielnoje. Wszyscy uczniowie nienawidzili tego Mojszele. Po pierwsze dlatego, że rzeczywiście dużo wiedział, a po drugie dlatego, że nikomu nie chciał podpowiadać, i po trzecie, że donosił na nas. Miał tylko jednego kolegę. Ubogiego, chudego chłopca imieniem Jukele. Tenże Jukele nie miał ojca. Jego matka, młoda, rumiana kobieta, chodziła po domach i opowiadała, że ojcem jej syna Jukele jest drzewo. Jukele nie płacił czesnego. Do szkoły przyjęto go z litości. I z tym oto Jukelem kolegował się Mojszele, syn szynkarza. Komenderował nim jak służącym. Lubił go szczypać i łaskotać. Od tego szczypania twarz Jukele była nabrzmiała. Dostawał za to od Mojszele kawałek gęsiej wątróbki albo jajko na twardo. Czasami Mojszele zabierał go do szynku i tam częstował pianą z piwa, którą furmani pozostawili w kuflach. Z powodu Mojszele znienawidzono również Jukele, mimo iż ten był biedny, zmizerowany i miał drzewo za ojca. Nikt z nimi nie rozmawiał. Oni zaś zawsze chodzili razem. Jeśli ktoś z nas ich zaczepiał, nigdy nie stawiali oporu. Uciekali.
Dopiero następnego dnia, kiedy nauczyciel Matias wszedł do klasy, Mojszele wstawał i donosił: