— Natychmiast wynoś się stąd, ty bydlaku! A ty, krawczyku, przestań i to zaraz.
Władek z trudem podniósł się z podłogi, wziął pustą torbę i mrucząc pod nosem, wyniósł się do komórki, w której pozostał całą noc.
— Rozgadali się! — mruczała babcia i ze złością uderzyła pięścią w poduszki.
— Chciałem tylko się dowiedzieć, czy to prawda — powiedział dziadek głosem poczuwającym się do winy.
— Tylko to masz w głowie! Nie jesteś lepszy od niego. A ty, przepuszczasz dziewkę na ulicy?
— Jak się ma taką żonę...
— Nie podoba ci się? Możesz się rozwieść.
Tym razem dziadek nie replikował już. Babcia gniewnie jeszcze mruczała, że gdyby nie zima, to by stąd uciekła gdzie oczy poniosą i gdyby nie to, że Władek przynosi do domu wodę do picia ze studni obok kościoła bernardynów, to by go zrzuciła ze wszystkich schodów. Komórka, do której wszedł Władek, była zamknięta. Nie spuszczałem oka z pomalowanych na żółto niskich drzwi, które zawierały w sobie jakąś niedostępność. Miałem ochotę wejść do komórki i spytać Władka, czy podniósł również Józi sukienkę.
Rozdział V
Za oknem dziadków stał ogrodzony żelaznymi sztachetami kościół bernardynów. Był to czerwony budynek o długich, ciemnych oknach i wysokich, szpiczastych drzwiach. Wokół wysokich murów kościoła rosły szeroko rozgałęzione drzewa kasztanowe, które swą chłodnawą ciszą chroniły ciemne oblicze Świętej Madonny z Dzieciątkiem.