Zadrży wtedy rebe, szybko sięgnie po czerwoną chustę i zapyta:

— Aha, powiedziałaś coś?

— Powiedziałam, żebyś już zasnął na wieki, ty mój Szyme-Josef najdroższy.

Kiedy przestąpię próg chederu, opuści obierany kartofel na podłogę i swoim ostrym, piskliwym głosem zawoła:

— Popatrzcie, zjawił się wreszcie nasz gagatek.

Już ona nie pozwoli mi zdjąć paletka i nie da rozwiązać baszłyka. Tak jak stoję, będę musiał wziąć wiadra i iść po wodę do pompy.

To wszystko, o czym mówię, zdarzy się dopiero jutro. Do jutra pozostało jeszcze sporo godzin. Gdyby tak policzyć, to będzie ich mnóstwo. Można powiedzieć, że bez liku.

Tymczasem siedzę sobie przy oknie w pokoju dziadków. Kościół ciemnieje coraz głębiej i coraz błękitniej. Nad krzyżem niebo nadal jest czerwone. Nic tylko smażą w tym miejscu grzeszników. I gdy tak siedzę, wydaje mi się, że słyszę głos dziadka. Taki niewyraźny, przytłumiony. Jakby dochodził z tamtej strony drzwi. Po chwili drzwi się otwierają i do pokoju wpada głos. Obcy, nietutejszy:

— Dlaczego tak ciemno?

Odrywam się od okna. Przysiągłbym, że to głos mojej matki.