Nie podszedłem. Ta kobieta nie spodobała mi się.
— U kogo się uczysz?
— U Szymy-Josefa — odpowiedziała za mnie mama.
— A z pianą już odlewasz się?
Zauważyłem, jak mama oblewa się rumieńcem. Usta Hudl rozszerzyły się od ucha do ucha. Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Ta baba wdarła się do nas jak choroba. Nie przejęła się ani moim zakłopotaniem, ani rumieńcem mamy. Śmiała się bezczelnie w oczy, pociągała nosem. Wyciągnęła z kieszeni garść cukierków i gryząc je zapytała mamę znowu:
— Kiedy twój mąż wstaje?
— Raniutko.
— To przecież nie da mi zmrużyć oka.
— Nic podobnego. Mnie, która śpi jak kura, nigdy nie budzi.
Z całej tej rozmowy wywnioskowałem, że Hudl wprowadziła się na stałe do naszej kuchni. Mamie już nie będzie smutno. Jeszcze jeden człowiek będzie w domu. Będzie mieszkał u nas tak, jak w starym domu Józia, córka bednarza.