Padre Torquemada skinął dłonią. Wówczas tamten podniósł rękę i na ten znak domownicy, łucznicy i pancerni poczęli się rozstępować, aby utorować przybyłemu przejście. Ten — rosły i muskularny mężczyzna — zeskoczywszy z konia, zachwiał się, natychmiast się jednak wyprostował, zrzucił z ramion podróżny płaszcz, głęboko odetchnął, otarł powolnym ruchem dłoni spocone czoło i ciężko, jak człowiek śmiertelnie zmęczony, począł wchodzić na schody.

Znalazłszy się przed Wielkim Inkwizytorem przyklęknął i pochylił twarz czarną od kurzu.

— Przybywasz z Saragossy? — spytał Torquemada.

— Tak, czcigodny ojcze. Trzy dni i trzy noce jestem w drodze.

— Kto cię przysyła?

— Święty Trybunał.

— Mów.

— Ojcze czcigodny, stała się rzecz straszna, wołająca o pomstę do nieba!

Umilkł na moment, aby zaczerpnąć tchu.

— Wielebny ojciec Pedro Arbuez12 został zamordowany.