Tamten otworzył usta, jakby chciał zaczerpnąć powietrza.

— Pan Blasco de Silos istotnie nie mógł przybyć, dostojny ojcze — wymamrotał. — W ostatniej chwili ciężko zaniemógł.

I umilkł pod spojrzeniem Torquemady. Ten zwrócił się ku ojcom inkwizytorom.

— Cóż, wielebni bracia, pora nam udać się do kościoła. Podziękujmy Bogu za szczęśliwie odbytą podróż i pomódlmy się także za dusze heretyków i grzeszników, aby Najwyższy w swej niewyczerpanej dobroci dopomógł im do szczerego wyznania i wyrzeczenia się błędów.

— Amen — powiedział fray Gaspar Montijo.

— W Villa-Réal, czcigodny ojcze, szczególnie wiele, jak się wydaje, jest dusz dotkniętych ciężkimi schorzeniami — odezwał się padre de la Cuesta.

— Leczcie je zatem! — rzekł Torquemada wchodząc na stopnie kolegiaty. — Na cóż czekacie? Czyż nie jesteście lekarzami dusz?

Był już przy portalu, a bracia dominikanie, intonując wysokimi głosami Magnificat11, poczęli wchodzić do kolegiaty, gdy na placu wszczął się zgiełk. Padre Torquemada zatrzymał się, śpiew ścichnął.

W dole jeździec na spienionym koniu, głośno krzycząc i gestykulując, z trudem torował sobie drogę poprzez tłum. Otoczony przez domowników Świętego Trybunału, tłumaczył im coś przez chwilę, po czym jeden z nich, z ciężkiej jazdy pancernej, zeskoczywszy z konia, wbiegł dźwięcząc zbroją na stopnie kolegiaty.

— Ojcze czcigodny, przybył wysłaniec z Saragossy z ważnymi wiadomościami.