— Ojcze czcigodny, gdyby pan de Santangel nie był chory...

— Wówczas swoją obecnością złożyłby świadectwo szacunku oraz miłości, jakie żywi dla wiary i Świętej Inkwizycji. Wierzę w to. Mam wszakże nadzieję, że choroba szlachetnego kapitana nie jest na tyle ciężka, aby jutro mogła mu utrudnić odwiedzenie nas w siedzibie Świętego Officium.

Rumieniec pociemnił smagłą twarz don Manuela.

— Czy masz mi jeszcze coś do powiedzenia, mój synu? — spytał Torquemada.

Krew coraz gęściejszą łuną ogarniała twarz i czoło, nawet szyję don Manuela. Żyły wystąpiły mu na skroniach. Przez moment wydawało się, że młody rycerz nie zapanuje nad gniewem i wybuchnie.

— Przedstawiciel corregidora10 pragnie ci, czcigodny ojcze, złożyć słowa powitania — powiedział cicho fray Montijo.

Don Manuel przygryzł wargi i bez słowa cofnął się do tyłu.

— Czy szlachetny corregidor jest także chory? — spytał Torquemada.

Pisarz sądowy, Francisco Doz, człowieczek wątły i przygarbiony, o cienkiej szyi smutnego ptaka, znalazłszy się przed czcigodnym ojcem zaniemówił. Stał pobladły, usta mu drżały, a jego wypukłe, niebieskie oczy ścięte były strachem.

— Słucham cię, mój synu — rzekł padre Torquemada.