Przez chwilę była cisza, potem Torquemada począł krzyczeć wielkim głosem pełnym rozpaczy:

— Zagaście płomienie, zagaście płomienie!

Wówczas padre Diego cofnął się i szybko zapuścił płócienną płachtę. Głos czcigodnego ojca rozlegał się bardzo donośnie, lecz ani jeden spośród stłoczonych dokoła domowników nie spojrzał w tamtą stronę. Twarze ich były nieruchome i nie zdradzały żadnych uczuć.

Nie opodal ojca Diega jechał don Lorenzo. Dotknął jego ramienia.

— Don Lorenzo!

Ten, wyprostowany, patrzył przed siebie.

— Tak, wielebny ojcze.

— Czcigodny ojciec nie może zasnąć, pragnąłby posłuchać pobożnego śpiewu.

— Tak, mój ojcze — rzekł don Lorenzo, po czym pchnął konia ku przodowi regimentu.

Spod płóciennego namiotu wciąż dobiegało wołanie Torquemady: