Dwaj zakonni bracia, przechodzący wewnętrznym krużgankiem klasztoru Dominikanów, zatrzymali się. Jeden z nich był w sile wieku, krępy, po chłopsku ciężki w ramionach; drugi — całkiem młody, niski i drobny, o ciemnej, jeszcze chłopięcej twarzy.

— Przyjechał — powiedział fray3 Mateo.

— Mateo, Mateo! — zawołał fray Diego — gdybym mógł modlić się za tego człowieka, prosiłbym Boga, aby usunął go spośród żyjących.

Fray Mateo stał z pochyloną głową, przesuwając różaniec. Z daleka, nie stłumiony bliskimi dzwonami, dobiegał wysoki i czysty dźwięk sygnaturki podmiejskiej pustelni sióstr karmelitanek.

— Diego — rzekł cicho — ty tego nie powiedziałeś, a ja tego nie słyszałem.

— Boisz się? Ty? Czyż nie myślisz tak jak ja?

— Nie zawsze należy mówić myślami.

— Wiem.

— Jesteś młody i gwałtowny.

— Wolałbyś, abym był jak kamień?