— Nie. Ale nawet kamienie mają dzisiaj uszy i języki. Uważaj. Jeśli ojciec Torquemada4 uznał za właściwe opuścić królewski dwór i przyjechać do Villa-Réal, zaczną się tu dziać rzeczy straszne.

— O, Mateo, straszniejszych od tych, jakie widziałem, już chyba nie ujrzę.

— Nie łudź się — rzekł fray Mateo — straszność nie jest cechą zdarzeń, lecz skutkiem ich kolejności.

Diego gonił własną myśl.

— Boże wielki i miłosierny! Wiarę moją zachowałem nieskażoną, ale serce, Mateo, serce mam zranione i sumienie zmącone. Jednego dnia na quamadero5 w Sewilli widziałem stu ludzi płonących na stosach. Śpiewałem razem z braćmi hymn: „Exurge Domine et iudica causam Tuam6, a przecież poprzez ten ogromny śpiew nie mogłem nie słyszeć jęków i krzyków umierających. Innego dnia...

— Milcz, Diego. Rany serca tylko w ciszy można zagoić.

— Nie ma dla mnie ciszy! Powiedziałeś, że nie zawsze należy mówić myślami. Co to znaczy? Nie ufasz mi? Boisz się mnie? Ty, mój przyjaciel, mój nauczyciel.

Fray Mateo podniósł głowę. Diego stał o krok pobladły, drżący, z oczami płonącymi ciemnym blaskiem.

— Bracie Diego, jeśli sumienie sprzeciwia się uznanym nieprawościom, wówczas nie drugich ludzi, lecz samego siebie musi się człowiek bać najbardziej.

— Siebie?