— Przeszło godzinę, ojcze.
— I mógłbyś przysiąc, że w ciągu tego czasu ani razu nie wspomniano o wypadkach w Saragossie? Nie możesz na to przysiąc? A zatem dopuszczasz możliwość, że o tej potwornej zbrodni była mowa? Przypomnij sobie, być może ze względów aż nadto zrozumiałych pan de Hojeda nie mówił o niej wprost, może się wyrażał w sposób aluzyjny, tym niemniej świadczący, że ów świętokradczy czyn pochwala?
— Ojcze czcigodny, być może zawodzi mnie pamięć, lecz doprawdy nie przypominam sobie...
Padre Torquemada spojrzał na niego przenikliwie.
— Don Rodrigo, pamiętaj, że kiedy chodzi o obronę wiary, prawdziwemu chrześcijaninowi nie wolno się zatrzymywać w pół drogi. Czy mógłbyś z ręką na krzyżu i w obliczu Boga zaświadczyć, że pan Manuel de Hojeda nie żywi w swoim sercu występnej sympatii dla morderców wielebnego ojca d’Arbuez?
— Nie, ojcze — szepnął don Rodrigo — nie mógłbym tego uczynić.
— A mógłbyś przysiąc, jeszcze raz cię pytam, że z tą występną sympatią pan de Hojeda jawnie się nie zdradził?
— Nie, ojcze. Pamięć, szczególnie w takich jak te okolicznościach, istotnie może być zawodna.
Torquemada znów położył mu dłoń na ramieniu.
— Słusznie — powiedział. — Idź więc, mój synu, i porozmawiaj ze swoją pamięcią. Niech będzie ona równie czysta jak twoje sumienie.