Lorenzo także się podniósł. Pobladł, oczy mu pociemniały. Don Rodrigo spojrzał na niego i głośno, nieoczekiwanie dźwięcznie się roześmiał.
— Szczeniaku, nawet swoich myśli nie potrafisz ukryć. Widzę po twoim spojrzeniu, co sobie pomyślałeś. Pomyślałeś: ty się też mnie strzeż.
Jeszcze chwilę się śmiał, naraz umilkł i krótkim ruchem dłoni rozkazał:
— Idź, chcę być sam.
Don Lorenzo, wciąż blady i z ciemnymi oczami, służbiście się wyprostował.
— Tak jest, dostojny kapitanie — powiedział chłopięcym, niezwykle jasno wibrującym głosem.
Po czym nienagannie wykonawszy przepisowy zwrot wyszedł z celi, cokolwiek za głośno zatrzaskując drzwi.
Wkrótce potem, bo nie więcej niż po upływie godziny, przybył do Santa Maria la Antigua inkwizytor Świętego Trybunału w Valladolid, padre Cristobal Galvez, dominikanin. Na dziedzińcu powitał gościa przeor Santa Maria, siwowłosy padre Agustin d’Acugna, po czym obaj ojcowie udali się do najstarszej części klasztoru, gdzie w refektarzu, pamiętającym odległe i sławne czasy króla Alfonsa VI47, oczekiwali przybywającego: kapitan domowników oraz fray Diego.
Padre Galvez mimo swego kalectwa, utykał bowiem na lewą nogę, wszedł szybkim krokiem i nieuważnie się rozejrzawszy po rozległym i surowym wnętrzu, tym samym, trochę niecierpliwym spojrzeniem objął obecnych.
— Dawno nie odwiedzałem tych pobożnych murów — zwrócił się do przeora. — Jestem więc. Gdzież się znajduje czcigodny ojciec? Wezwał mnie. Czemu tak późno?