Pan Rodrigo de Castro wysunął się spod kolumny, w której cieniu dotychczas stał.
— Pozwól, wielebny ojcze, złożyć sobie wyjaśnienie.
— Tak — powiedział krótko padre Galvez.
— Czcigodny ojciec istotnie wezwał was, lecz osobiście nie będzie mógł, niestety, z wami rozmawiać, ponieważ cały swój czas poświęca modlitwie i rozmyślaniom.
— Teraz? — zdziwił się gniewnie padre Galvez. — Skąd ta decyzja? Co się tu dzieje? Dlaczego przybyliście do stolicy nocą i nie zapowiedziani? Miasto trzęsie się od plotek. Czemu czcigodny ojciec nie chce z nikim rozmawiać?
— Wybacz, wielebny ojcze — odpowiedział spokojnie pan de Castro — nie jestem upoważniony do roztrząsania decyzji czcigodnego ojca.
Padre Galvez szybkim spojrzeniem obrzucił postać młodego rycerza.
— Jesteście, panie?
— Kapitanem domowników Wielkiego Inkwizytora — rzekł pan de Castro.
Po czym wskazując na stojącego nie opodal, dodał: