Zaraz po próbie Halina Ferens powróciła w towarzystwie Ai­mo Immonena do „Europejskiego” i zamknęła się w swoim apartamen­cie, zlecając młodemu akompaniatorowi zawiadomić recepcję, iż żadnych telefonów nie będzie przyjmować. Immonen, w czarnych dżinsach welwetowych i w zgniłozielonym golfie, nie zdążył jeszcze zrzucić kożucha. Dość przestro­nny salon, przylegający do sypialni, przypominał wnętrze kwia­ciarni, tak gęsto go wypełniały wielkie kosze oraz liczne wazony z kwiatami ciętymi. Halina Ferens przeszła do sypialni, lecz po chwili, już bez futra, stanęła we drzwiach.

— Zdaje się, że cię prosiłam, żebyś zszedł do recepcji? Nie chcę żadnych telefonów, żadnych!

— Po co mam schodzić? — powiedział, uważnie się jej przy­glądając — mogę stąd zadzwonić.

— Nie! — zawoła z akcentem zaciętej stanowczości, jakby nie prośbą Orfeusza, którą przed godziną śpiewała, była przepeł­niona, lecz nagle wcieliła się w kształt Furii, owych cieni bu­dzących grozę, które wrogim i wielokrotnym „nie” zagradzają Orfeuszowi drogę do piekieł. — Chcę być sama.

Aimo rzucił kożuch na najbliższy fotel i podszedłszy do telefonicznego aparatu podniósł słuchawkę.

— Reception? Here’s Aimo Immonen. Yes... Mrs. Ferens wishes her apartament to be not connected with any telephones... Yes... Without exceptions... no incoming calls... Thank you36.

I do Haliny:

— Załatwione, będziesz miała spokój.

— Powiedziałam, że chcę być sama.

Podszedł do niej i obiema dłońmi ujął delikatnie jej łokcie.