— Wspaniale! Więc zrobię, co do mnie należy, podrzucę mone­tę św. Antoniemu, wrócę do ciebie, a potem? Potem będzie twój wielki wieczór, będziesz śpiewała najpiękniej w świecie, prześci­gniesz samą siebie, będziesz dla mnie śpiewała, tak?

Gdy to mówił, kołysząc ją w ramionach, przyglądała się z wzrastającym wzruszeniem jego jasnej i młodej, choć trochę zmę­czonej twarzy, a ponieważ pod sam koniec poczuła się przez moment małą i bezbronną dziewczynką, znów odrzuciła głowę do tyłu i powiedziała cokolwiek ironicznie:

— Opowiedziałeś ładną bajkę, Aimo.

Potem, gdy już była w łóżku i jej ciało jeszcze nie zdążyło rozgrzać chłodnej i nieco sztywnej pościeli, a w sypialni, po zsunięciu zasłon panował półmrok i leżała na wznak, z jaśniej­szym w głębi od półcienia dokoła prostokątem drzwi otwartych do salonu, skąd wraz z matową poświatą pochmurnego dnia napływał aromat kwiatów, róż przede wszystkim i goździków, wówczas, po­przez odgłosy dobiegające z niezamkniętej łazienki, więc naj­pierw poprzez jednostajne brzęczenie elektrycznej maszynki do golenia, a potem poprzez szum silnego natrysku błądziła niespo­kojnie dokoła samej siebie, stojącej przed godziną na estradzie Filharmonii i aż nadto dobrze słyszącej własny głos, z trudem wydobywający się z krtani i bez blasku, płasko się przebijający przez nazbyt dla niego gęsty akompaniament orkiestry, dreszcz nią wstrząsnął, więc podciągnęła kołdrę, aby okryć nagie ra­miona i wtedy nagle, jakby tym ruchem udzieliła hotelowej kołd­rze lotności czarodziejskiego dywanu, znalazła się w małej i zadymionej salce pewnego nocnego lokalu w Paryżu, przy obskurnej uliczce des Canettes, sinawy od dymu półmrok rozświetlały nie­liczne lampy, okryte ciężkimi, ciemnoczerwonymi abażurami, w tej tandetnej kolorystycznie scenerii jasne włosy młodego pia­nisty, który przygrywał na fortepianie, nie patrząc na klawiatu­rę, sprawiały wrażenie pokrytych patyną starego złota, a mło­dzieńcza twarz pod tym ciężkim hełmem, oglądana z daleka i pra­wie en face39, twarz mężczyzny z północy, blada, o rysach dość grubo ciosanych, z rozchylonymi wargami i oczyma półprzymkniętymi zdawała się swoją egzotyczną obecnością wywoływać z zamierzchłych czasów twarz barbarzyńskiego gladiatora, oczekującego śmierci lub ułaskawiającego gestu cezara, dopiero po chwili zda­ła sobie sprawę, że to, co pianista gra, to są swobodnie i ka­pryśnie, jakby do atmosfery lokalu przystosowane, wariacje wys­nute z jej ulubionej Pieśni wędrowca, tej czwartej: „Błękitne oczy mojej najdroższej, które wysłały mnie w daleki świat”, pomyślała, że ten chłopak o przyciężkiej twarzy barbarzyńcy musi mieć silne, piękne i zdrowe ciało, i że chciałaby się znaleźć w jego ramionach i poczuć w sobie jego ciężką męskość, akurat szum prysznica przycichł, słyszała, wciąż marznąc w nazbyt nakrochmalonej pościeli, chciała jeszcze raz wywołać pod powieka­mi twarz Aima taką, jaką ją była ujrzała przed półtora rokiem w nocnym lokaliku przy ulicy des Canettes, lecz ten obraz, tak przed sekundą wyraźny i bliski, nagle się w niej rozpadł, sły­szała, że Aimo wyszedł z wanny i wyciera się grubym, włochatym ręcznikiem i nagle ogarnął ją strach równie przerażający, jak ten, który przytłaczał ją nieraz, gdy w różnych, lecz zawsze najmniej oczekiwanych momentach dopadała ją znienacka myśl o śmierci, obraz własnego ciała nieruchomo, jak kukła, spoczywa­jącego w trumnie, fala chłodu podpłynęła jej pod piersi i wyżej aż ku krtani, chciała usiąść, żeby rozpędzić ten dławiący kosz­mar, lecz uczynić tego nie zdążyła, nagi Aimo, w jednej ręce trzymając szklankę, a w drugiej butelkę whisky, stanął właśnie we drzwiach, w owym prostokącie światła, który zdawał się nale­żeć do świata całkiem innego aniżeli ten, który w półcieniu trwał tutaj, skóra Aima, jeszcze nie utraciwszy zimowej opale­nizny uzyskanej pod promieniami alpejskiego słońca, była wil­gotna, włosy opadały mu ciężkim złotem na nieco zbyt niskie czoło.

— Jestem — powiedział.

Ksawery Panek kupił na koncert dwa bilety, jeden dla sie­bie, drugi w intencjach pedagogicznych dla Marka Kurana. Lecz Marek przepadł gdzieś od trzech dni i Ksawery daremnie go poszu­kiwał po różnych lokalach, pojechał nawet wczoraj po południu do Pruszkowa, gdzie mieszkała matka Marka, urzędniczka miejscowej poczty, okazało się jednak, że pani Kuran, niska i otyła kobie­ta, której przedwcześnie podstarzałe rysy przekazywały dość bezwzględnie i okrutnie, szczególnie w odczuciu Ksawerego, ja­kie się w przyszłości mogą stać chłopięce rysy Marka, otóż oka­zało się, że pani Kuran od wielu tygodni nie widziała syna. Ksa­wery musiał wysłuchać rozlicznych żalów tej samotnej i zgorzk­niałej kobiety i sam był zbyt udręczony i niespokojny, aby swo­je wywody o niezwykłym talencie pisarskim Marka i wspaniałej przy­szłości, jaka czeka młodego poetę, aby zatem te zapewnienia i prognostyki podać w formie przekonywającej, skończyło się na tym, że on się z kolei począł na charakter Marka uskarżać i zabrnął w te ciemne i śliskie sfery tak daleko, że pani Kuran, pełna res­pektu dla jego naukowych kwalifikacji oraz pozycji ojca i siostry, poczuła się niejako zobowiązana, aby wystąpić ze słowami pocie­szenia, błagając równocześnie, by się nie zniechęcał i nie rezy­gnował z pedagogicznego opiekuństwa nad jej zabłąkanym synem.

Ksawery Panek słuchał nieuważnie i wreszcie powiedział:

— Ja już jestem bezsilny, proszę pani, zupełnie bezsilny.

Na to pani Kuran:

— Marek ma złote serce, panie doktorze, czasem udaje, że jest niedobry, ale to tylko poza, młodzieńcza poza, ja wiem, że wbrew pozorom on ma złote serce.