— Wiesz, Adam, że nie należę do ludzi łatwo się łamiących, wszyscy mnie uważają za uosobienie energii...

— Słusznie.

— Pewnie słusznie, ale nawet mnie już brak sił i cierpliwoś­ci, i nerwów, żeby się użerać na co dzień z tą całą monstrualną i w gruncie rzeczy absurdalną machiną dużych i drobnych szykan, świństw i świństewek, niedorzecznych zarządzeń i restrykcji, dość mam tego, mam pięćdziesiąt jeden lat, jestem w pełni moich możliwości, nie chcę się stać rozstrojonym wrakiem, wiesz, czym dla mnie była i jest ta poznańska Opera, ostatecznie ja z niej coś zrobiłem, ale w tych warunkach nic nie mogę, co najwyżej mogę położyć teatr i siebie, trudno! Okazało się, że jestem paskudnym syjonistą, elementem niepotrzebnym, przestałem się podobać rząd­com folwarku nazywanego Polską Ludową, można i tak!

Nagórski po chwili:

— Co będziesz robić?

— Mam propozycję objęcia opery w Karlsruhe, na razie na trzy lata.

— Zgodzą się?

Jackowski roześmiał się.

— Już się zgodzili! Marzą, żebym więcej nie wrócił.

— A wrócisz?