— Pamiętasz, kiedy zobaczyliśmy się po raz pierwszy?

— Raczej nie.

— Ja pamiętam. Już mieszkaliśmy w Warszawie, to był dwudzies­ty trzeci.

— Boże!

— Przyszedłeś do nas, a właściwie do mamy z wizytą. Pamiętam, że w głowie nie mogło mi się pomieścić, w jaki sposób mama może mieć takiego niedorosłego brata. Miałam wtedy sześć lat, a Krzyś był zupełnie malutki i miał złote, kędzierzawe włoski. Ty byłeś bardzo ładnym chłopcem.

— To rzeczywiście była Wielkanoc?

— Na pewno, Wielki Piątek albo Wielka Sobota, bo, jak przysze­dłeś, mama zawołała mnie z kuchni, kiedy się piekły babki i mazurki.

— Zabawne!

— Babki i mazurki?

— Wydawało mi się do tej pory, że wszystkie świąteczne fe­rie spędzałem poza domem, przeważnie w gościnie u kolegów. Mia­łem w Jeleniu sporo kolegów z tzw. sfer ziemiańskich. Ale pocze­kaj, może nasz rację, to by się zgadzało, w dwudziestym trzecim roku byłem w trzeciej klasie, oczywiście, przyjechałem wtedy na Wielkanoc do domu, bo oni spędzali święta we Włoszech. Strasz­nie to było dawno.