A gdy nakręca numer recepcji, Nagórski dyskretnie się co­fa, przez co natychmiast ogarnia go gęstowie róż, pnących się wokół w ogromnych koszach.

Halina trochę nazbyt głośno i rozkazująco:

— Poproszę pokój osiemnaście.

Moment ciszy i zaraz potem odgłos pobrzmiewającego natarczywie w odległej głębi sygnału. Nagórski pochyla się, aby pową­chać róże i gdy przymyka oczy, jeszcze raz tego wieczoru, po­przez rytmicznie ponawiany sygnał, wyłania się przed nim twarz Nike z rozchylonymi wargami i jej nagie ciało, nie — myśli — to nie jest powrót choroby, to nie jest choroba, już nie jestem chory, to tylko zwykłe wspomnienie choroby, ale wspomnienie, które nic we mnie nie porusza i pozostawia mnie obojętnym, jakbym to nie ja tęsknił do tego zanikającego teraz ciała i nie ja przeżywał — — — — — ponieważ słyszy, jak Halina słuchawkę odkłada, jeszcze raz pochyla się nad różami i odwra­ca się, odruchowo podnosząc do ust szklankę, aby ukryć w ten sposób nagły popłoch, lecz szklanka jest pusta, więc udając, że pije, myśli: czyste i jasne oczy Krzysia, gdyby żył, byłyby również zmęczone i puste, jak jej, a jego dziecięce wargi uksz­tałtowałyby podobny grymas goryczy.

I mówi:

— Jeżeli chcesz, Halinko, zejdę na dół do baru.

— Myślisz, że tam jest?

— Przyślę ci go.

— Nie! — i znów sprzeciw ciasnych poczwar, piekielnych Furii zagradzających drogę Orfeuszowi, zabrzmi w jej głosie.

I już ciszej: