Gdy przed kilkoma laty opublikowałem w „Twórczości” fragmen­ty Miazgi — wielu przyjaciół oraz znajomych, których sądy artys­tyczne cenię, twierdziło, że te fragmenty powinny fragmentami pozostać, trwając ostatecznie w formie upodobniającej ją nieja­ko do bryły kamienia z grubsza tylko ociosanego, gdy z jego bez­kształtnego ciężaru zaledwie surowe zarysy projektowanej rzeźby się wyłaniają. Słuchałem tych sugestii chętnym uchem, ponieważ i mnie podobnie niewykończony kształt kusił. Jeśli jednak rze­czywiście miała to być bryła tylko z grubsza ociosana, wyobraża­łem ją sobie nieporównanie większą od tekstu opublikowanego w „Twórczości”, większą, cięższą, więc i z zarysem utrwalonych ksz­tałtów wyrazistszym i rozleglejszym. Nie był to zatem dla mnie problem zasady, lecz wymiaru.

Nigdy jednak w moich intencjach nie kojarzyłem tej pokusy z kondycją kapitulacji, więc z usposobieniem wyczerpania i bez­silności, który to stan wobec ogromu podjętego przedsięwzięcia narzuca rezygnację z doprowadzenia do końca. Nie mam sympatii dla tej swoistej kokieterii, demonizującej produkt sztuki. Mitologizacja niespełnionego osiągnięcia nie tym wyższym rejonom twórczych penetracji składa zazwyczaj wątpliwy hołd, lecz sobie samemu: zauważcie tylko — powiada głośnym szeptem artysta — jak bardzo jestem świadomy, czujny i szczery, jeśli się publicznie przyznaję do własnej bezsilności!

Jeśli już jednak padły takie słowa, jak „kapitulacja” oraz „rezygnacja” — trudno by mi było udawać, że mnie nie dotyczą.

wtorek, 12 maja

Kapitulacja i rezygnacja — tak, jednak w tym wypadku nie wobec dzieła, lecz wobec materii, z której dzieło powstaje. Więc pokusa niedokończenia, wynikająca nie z niemożności skończenia, lecz z uświadomienia sobie, że w stosunku do materii skończenie dzieła jest także niedokończeniem, więc po co udawać? w imię czego sugerować i sobie samemu, i czytelnikom, iż kończąc utwór wedle obowiązujących prawideł artystycznych osiągam więcej niż prezentując go w kształcie niewykończonej miazgi?

środa, 13 maja

Przystępując przed dwoma miesiącami do pisania Dziennika nie przypuszczałam, że notatki i uwagi, podjęte w intencji upo­rządkowania tekstu Miazgi, aby przez to uporządkowanie doprowa­dzić go do wersji ostatecznie wykończonej, niebawem zachłannie w ów tekst wtargną, stając się czymś w rodzaju konia trojańs­kiego, coraz natarczywiej rozbijającego akt wykończenia.

Ludzkość bardzo wiele zawdzięcza pięknu dzieł sztuki. Czy za element oszustwa, oszustwa podniecającego a zarazem uspoka­jającego, który się w nich zawiera, też powinna być wdzięczna? Być może.

Ze Swetoniusza fragment o pytaniach Tyberiusza:

„Szczególnie zajmował się poznawaniem dziejów bajecznych, popadając nieraz w brednie i śmieszność. Oto na przykład filo­logom, którą to kategorię ludzi, jak już powyżej wspomniałem, szczególnie lubił, takie mniej więcej zadawał pytania: »Jak się zwała matka Hekuby? jakie miał imię Achilles, gdy przeby­wał wśród dziewcząt? jaką pieśń zwykły śpiewać syreny?«”.