Lektura opowiadań Flannery O’Connor: ich precyzyjnie wykalkulowane okrucieństwo bardziej zadziwia niż wstrząsa, a jeśli również niepokoi, to przede wszystkim na skutek rozbudzenia ciekawości, kim była ta przedwcześnie zmarła kobieta, uważana za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich. Zdaje się, że nie wyszła za mąż, mieszkała w rodzinnej posiadłości w Georgii, zmarła w czterdziestym roku życia, pozostawiając po sobie dwie powieści i dwa tomy opowiadań — to wszystko, co o niej wiem. Bardzo chciałbym wiedzieć coś więcej.
sobota, 16 maja
Ilekroć otwieram radio — ogarnia mnie podziw (trochę podszyty rozbawieniem) dla sprawności naszych spikerów oraz komentatorów, a także i licznych prelegentów, którzy w sposób tak nieomylny potrafią upolityczniać swoje głosy, nasycając je w zależności od tematyki niebywale bogatą i subtelnie różnicowaną skalą zabarwień emocjonalnych. Ten sam np. głos, relacjonując sprawy dotyczące krajów socjalistycznych, brzmi łagodnie, pełen spokojnego liryzmu, jakby opowiadał grzecznym dzieciom piękną bajkę, a chwilę potem, przechodząc do tematyki związanej z imperializmem USA, odmienia się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, staje się chłodny, ironiczny, zdolny również w momentach szczególnie godnych potępienia do akcentów surowego oburzenia. Opowiadano mi przed kilkoma laty, że pracownicy Radia, porozumiewając się między sobą, posiadają kilkanaście skrótowych określeń dla tych subtelności głosowych. Oczywiście, w zależności od zmian politycznych zmieniają się również głosy. Przez wiele lat akcenty o największym ładunku ironii i oburzenia przeznaczone były dla NRF. Od pewnego czasu, zgodnie z nową sytuacją polityczną, głosy mówiące o NRF wyzbyły się intonacji dyskryminacyjnych, stały się spokojne i rzeczowe. Wszystko się zmienia, głosy radiowe także, jedynie w odniesieniu do wewnętrznych spraw obozu socjalistycznego słodki ton bajkowy trwa, zresztą niekiedy wznosi się do wyższych rejonów emocji, nie lękając się patosu i dumy.
Szigalew z Biesów Dostojewskiego poświęcił, jak wiadomo, całą swoją energię studiowaniu kwestii ustroju społecznego przyszłej ludzkości. Ten swój własny system urządzenia świata spisał drobnym pismem w grubym brulionie. Zanim jednak na tajnym zebraniu u Wirgińskich przystąpi do wyjaśnienia słuchaczom owej teorii, oświadcza:
„Zaplątałem się we własnych wywodach i konkluzja moja pozostaje w całkowitej sprzeczności z pierwotną ideą, która jest u mnie punktem wyjścia. Zaczynam od nieograniczonej wolności, lecz kończę na nieograniczonym despotyzmie. Muszę jednak zaznaczyć, że innego rozstrzygnięcia zagadnień społecznych nie ma i być nie może”.
Jeden z obecnych na zebraniu, kulawy nauczyciel, który sam zna zapiski Szigalewa, tak uzupełnia jego wyznanie:
„Dochodzi on [Szigalew] do ostatecznego wniosku, iż ludzkość musi być podzielona na dwie nierówne części. Dziesiąta część otrzymuje wolność osobistą i nieograniczoną władzę nad pozostałymi dziewięciu dziesiątymi. Tamci zaś zatracają osobowość, stają się stadem i bezgraniczne posłuszeństwo doprowadza ich w drodze przekształceń do niewinności pierwotnej, do jakiegoś raju przedhistorycznego, w którym jednak — będą musieli pracować”.
Natomiast młody Wierchowieński w parę godzin później, w rozmowie ze Stawroginem, dodaje:
„Wszystko pod jeden strychulec... Potrzebne są jednak i dreszcze, a o tym my pomyślimy, my, władcy! Niewolnicy muszą mieć panów! Całkowite posłuszeństwo, całkowite zabicie jednostki, lecz raz na trzydzieści lat Szigalew puszcza dreszcze”.
Zdumiewające! Co trzydzieści lat? Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Dostojewski, kreując tak nieomylnie wizję rządów totalnych (choć takiego pojęcia nie znał), w tym jednym szczególe się pomylił. Czyżby dziewiętnastowieczne rozumienie czasu oraz działania w czasie tak bardzo się różniły od doświadczeń naszych, już pobieranych z ogromnych przestrzeni wieku dwudziestego? Nie przewidział wielorakich zdobyczy technicznych, bez których natężenie oraz częstotliwość „dreszczy” są nie do pomyślenia? Jakkolwiek było, pomylił się Dostojewski gruntownie. System totalny musi „puszczać dreszcze” nieustannie, bez przerwy, przy pomocy wszystkich dostępnych mu środków, upodabniając sferę propagandy do fantastycznej maszyny, wiecznie się poruszającego perpetuum mobile. Lecz mechanizmy, które w nieustannym ruchu muszą tę gigantyczną maszynerię utrzymywać, obnażają jedną z wielu sprzeczności systemu totalnego. Jest rzeczą oczywistą, że aparat władzy totalnej, inspirując i organizując wszystkie rozliczne dziedziny propagandy, określa ich treść, kierunek, miarę zasięgu, natężenia, rozporządza również wszystkimi środkami kontroli. Przecież, skupiwszy w swych rękach tak ogromny zasób uprawnień, staje się jednocześnie aparat władzy żałosnym i bezwolnym niewolnikiem stworzonego przez siebie perpetuum mobile. Ta dramatyczna (a też i groteskowa) sprzeczność nie ujawnia się na ogół w dniu codziennym. Tryby maszyny, naoliwione biernością a nawet nadgorliwością wykonawców, działając na napędzie z mieszanki frazesów, kłamstw i przemilczeń poruszają się ciężko i niezgrabnie, rozpylając wokół opary biernej nudy, przecież się poruszają mniej więcej sprawnie. Lecz z punktu widzenia propagandy nasycającej społeczeństwo treściami ideowymi — w systemie totalnym dni codziennych bywa raczej mało. Totalizm na podobieństwo mitycznych smoków, spragnionych pięknych ciał i dziewic, i niewinnych młodzianków, potrzebują obchodów, rocznic, masówek, wieców, zorganizowanych powitań, akademii i zjazdów, niezbędna mu jest do utwierdzania się we własnej sile atmosfera odświętna wśród sztandarów, przemówień, uchwał i rezolucji.