Słuchaj, Konrad, za dziesięć minut będę u ciebie.

KELLER

Naprawdę? Strasznie ci, Eryk, dziękuję. Cóż to za dziwy! Jak wiele wspaniałych istot! Jak piękna jest ludzkość! O nowy, wspaniały świat z takimi ludźmi!

W oczekiwaniu na przyjazd Eryka Konrad, bardzo w samopoczu­ciu psychicznym podbudowany, rozstrzyga sprawę ubrania, zdecydo­wanie ze względu na okoliczności (klinika!) odrzucając „wersję” czarnego garnituru.

2.

Zespół przychylnych oraz satysfakcjonujących okoliczności sprawił, iż z wieczora, wkrótce po telefonie do Beaty Konarskiej, Otocki usnął łatwo i szybko, zapadłszy się w głębie, do których nie mają dostępu dręczące zmory i majaki. Lecz nad ranem, ni­czym topielec przebywający nazbyt długo w wodnej toni, musiał się najwidoczniej oderwać od bezpiecznego dna snu i wznieść się ku mętnej powierzchni graniczącej z jawą, gdy bowiem nagi i w poczuciu śmiertelnego zagrożenia szukał, ślepo kołując wśród rozległych korytarzy, schodów, pustych kondygnacji, wyjścia z gigantycznej i czarnej, lecz pełnej tajemniczych rozbłysków budowli, przypominającej równocześnie i metro podziemno-nadziemne, i kombinat przemysłowy z kominami, które dymiły jak wyloty pieców krematoryjnych w łagrze, więc gdy szukając wciąż w poczuciu śmiertelnego zagrożenia wyjścia z tego opustoszałe­go labiryntu, pełnego bezgłośnych eksplozji świetlnych, i pod ciężką warstwą sadzy i dymu, znalazł się wreszcie przy gład­kiej, rozgrzanej ścianie, która nagle, skoro prawie skostniały przywarł do niej nagim ciałem, poczęła się zmieniać w ścianę z kolczastego drutu, wówczas, czując całym sobą, jak wyślizgu­jące się spiralnie ze ściany taśmy drutu oplątują go, wbijając się mrowiem drobnych i ostrych żądeł w unieruchomione ciało, wówczas szarpnął się i z krzykiem bólu i przerażenia obudził się.

Dochodzi godzina szósta Czując, że już nie uśnie — wstaje i nastawia radio. Akurat trafia na komunikat meteorologiczny.

Spiker:

„...obfite opady śniegu, a miejscami śnieżyce i zawieje śnieżne wystąpiły w nocy z piątku na sobotę na wscho­dzie kraju i w centrum. W Warszawie, Lublinie, Włodawie oraz w wielu innych miejscowościach prawie dziesięciocentymetrowa warstwa śniegu po­ważnie utrudnia ruch kołowy oraz pieszy. Temperatura spadła w wielu rejonach do około O°C Olbrzymie opady śniegu wystąpi­ły w górach...”.

Z tomem Pamiętników wybitnego działacza socjalistycznego, przebywającego na emigracji, Adama Pragiera (stykał się z nim wielokrotnie przed wojną), Otocki wraca do łóżka. Pamiętniki Pragiera, wydane przed paroma laty w Londynie, są pasjonującą lekturą, Otocki już od kilku dni czyta je w wolnych chwilach z wielkim zainteresowaniem, teraz jednak nie może się skupić (myśli bowiem o oczekującej go rozmowie telefonicznej z Moniką Panek) i wreszcie po paru stronach odkłada książkę. Leżąc z przymkniętymi oczami układa sobie przez pewien czas i w różnych wersjach zdania, które by od jego strony najlepiej tę rozmowę ustawiły, wciąż jednak ma wrażenie, że w całym tym przedsię­wzięciu, wczoraj tak oczywistym, coś się nie zgadza. I nagle dokonuje odkrycia: Raszewski! Jak Raszewski zareaguje, gdy się dowie, że Monika została pozbawiona wielkiej roli i do tego w okolicznościach tak drastycznych? Co się stanie, jeśli stosunki tych dwojga są nadal, jeśli nawet nie intymne, to przyjaciels­kie? Zasłonić się w razie burzy Wanertem? Lecz zasłonić się Wanertem — znaczy: ulegać Wanertowi. A uległość w stosunku do osobnika z kontem ideowym tak zachwianym jak Wanerta jest rów­noznaczna z uległością i chwiejnością w ogóle. Błąd? Artystycz­na pomyłka? Otocki wie bardzo dobrze, że każda taka omyłka, gdy się ją odpowiednio ustawi i opuka, może się natychmiast prze­kształcić, zatracając niewinny charakter potknięcia artystycz­nego i odsłaniając równocześnie groźne oblicze przestępstwa ideologicznego.