O tej samej mniej więcej porze, w hotelowym barze Bristo­lu, Marek Kuran, zresztą doskonale zorientowany, że do ślubu Konrada z Moniką nie doszło, namawia większe towarzystwo (dwóch zaprzyjaźnionych play-boyów, młody krytyk literacki oraz dwie dziewczyny z Akademii Sztuk Pięknych — jedna z nich to przyrodnia siostra Andrzeja Wajsa, Krysia Formińska) na jazdę do Jabło­nny. Lekko podpici ruszają spod „Bristolu” dwoma autami.

Przy skręcie z Krakowskiego Przedmieścia w Miodową (wciąż popaduje wilgotny śnieg i jest bardzo ślisko) pod auto, którym jedzie Marek Kuran, omal nie wpada pijany mężczyzna w średnim wieku. Kuran natychmiast z auta wyskakuje, podnosi człowieka leżącego na skraju trotuaru (również jego teczkę, typową dla ludzi podróżujących na delegacji) i dostrzegłszy w głębi Miodo­wej dwóch milicjantów szybko wciąga ofiarę wypadku do wnętrza samochodu. Nie zdążymy zwiać — mówi play-boy przy kierownicy, widząc, że milicjanci przyśpieszają kroku. Refleks Marka Kurana jest błyskawiczny. Zdążył już stwierdzić, że potrąconemu męż­czyźnie nic się nie stało. Więc znów wyskakuje z auta i podbie­ga do nadchodzących milicjantów, obaj są bardzo młodzi, najwyżej dwudziestoparoletni. Marek, uruchamiając wszystkie zasoby swego wdzięku, bez zdenerwowania opowiada, o co chodzi: właśnie jadą, to znaczy on (dokładnie podając swoje personalia) i para jego przyjaciół (córka prezesa Radia i Telewizji), na przyjęcie do Jabłonny. Do Jabłonny? Tak, do Jabłonnny, na przyjęcie weselne córki prezesa Państwowego Instytutu Prasy, Leopolda Panka, może panowie słyszeli? Córka prezesa Panka, znana aktorka, pani Moni­ka Panek, wyszła dzisiaj za mąż za Konrada Kellera, tak, tego sławnego aktora. Surowe twarze młodziutkich milicjantów lekko łagodnieją. Więc Kuran dalej: tymczasem wydarzyła się bardzo przykra rzecz, panowie byli świadkami, chociaż z daleka, miał z nimi jechać brat prezesa Panka, przyjechał na ślub z prowincji, zawieruszył się im gdzieś przed godziną, szukali go po mieście, musiał pewnie wstąpić do któregoś z barów na Starym Mieście, cud, że nie wpadł pod auto, niemniej on, Marek Kuran, i we włas­nym imieniu, i w imieniu przyjaciół bardzo by był wdzięczny, gdy­by któryś z panów osobiście zechciał stwierdzić, że brat prezesa Panka nie został w tym przykrym wypadku poszkodowany, wszyscy będą spokojniejsi, jeśli ktoś z zewnątrz wyda kompetentną w tym względzie opinię.

Obaj milicjanci, już zupełnie rozluźnieni i trochę nawet rozbawieni, podchodzą w towarzystwie Kurana do auta. Grzecznie salutują. Pijany mężczyzna, rozwalony na tylnym siedzeniu, mam­rocze coś bez związku, łatwo przecież poznać, że poza stanem opilstwa nic mu nie jest. Wszystko w porządku! Obywatel brat prezesa nieźle sobie dogodził? Niestety, pokusy stolicy! Ale jest nadzieja, że po drodze wytrzeźwieje, szybę się trochę uchy­li. Tak, świeże powietrze na pewno dobrze obywatelowi bratu zro­bi. Przyjemnej zatem zabawy dla państwa. Wówczas Kuran z cokol­wiek nieśmiałym uśmiechem: bardzo panów przepraszamy, ale gdyby panowie nie byli związani służbą... okazuje się, że obaj właśnie służbę zakończyli. Kuran z radosną przyjaźnią: no właśnie! To świetnie się składa, gdyby panowie zechcieli z nami pojechać, prezes Panek będzie na pewno szczęśliwy, jeśli będzie mógł pa­nom osobiście podziękować za okazaną nam pomoc, zmieścimy się wszyscy, będzie nam trochę przyciasno, ale ostatecznie do Jabło­nny, to jeden skok... Chłopcy (bo w nowo wytworzonej sytuacji stali się tymi, którymi są autentycznie) spoglądają po sobie nie­pewnie, czuje się, że mają wielką ochotę skorzystać z tak nie­bywałego zaproszenia, lecz też się wyczuwa, że każdy z nich łat­wiej by powziął decyzję, gdyby był sam.

MILICJANT I

Nie wiem, czy nam wypada...

Marek Kuran miałby ochotę powiedzieć: „nie szkodzi, potem wam same wypadną”.

KURAN

Zabawić się? Po służbie?

MILICJANT II

Widzi pan, zabawa i zabawa...