— Raszewski ci zmył głowę? Nie bój się, nic ci się nie sta­nie, jemu na tobie zależy, potrzebuje takich oddanych przyjaciół, jak ty.

— Ciszej! — syknie.

— A cóż w tym złego, że Raszewski potrzebuje przyjaciół? Wszyscy o tym wiedzą.

— Dzieci też pięknie wychowałaś, trójka reakcjonistów.

— Ach tak? A ja zawsze myślałam, że na ich światopogląd, jak wy to nazywacie, wpłynęło przede wszystkim to, że od dziecka pa­trzyły na ciebie i na różnych twoich towarzyszy i koleżków.

— Jeżeli tak sprawę stawiasz, to muszę ci przypomnieć, że i one, a przede wszystkim ty, tak, przede wszystkim ty raczysz zapominać, że właśnie moim towarzyszom i mnie zawdzięczasz wszystko! Od tej kiecki począwszy, a na tytule prezesowej kończąc, żadne zwierzę nie pluje do miski, z której żre.

— Jednak zawsze musi wyleźć z ciebie cham!

— Jasne! a największy cham, wiesz, kiedy ze mnie wyszedł? Kiedy ci zaproponowałem małżeństwo i temu jaśnie bękartowi dałem swoje chamskie, robotnicze nazwisko.

Gdy zapadnie pomiędzy nimi milczenie, on rzuci po chwili krótkie i wyzywające:

— No!