— Wydaje ci się, Leopoldzie...

— Teraz możesz dotrzymać swojej przysięgi. Nie pamiętasz? W „Nadświdrzańskiej”, na placu Teatralnym, miałaś na sobie brajtszwance, pożegnalny prezent jaśnie pana hrabiego.

A ona rzeczywiście niczego nie pamiętając:

— Wydaje mi się, Leopoldzie, że w nastroju, w jakim się znaj­dujesz, najlepiej zrobisz, wracając do domu. Nie powinieneś w tym stanie pokazywać się ludziom.

— Naprawdę nie pamiętasz? Kłamiesz!

— I nie zapomnij wozu odesłać z powrotem.

Czegoś mi w tym miejscu brakuje. Ale czego? Może Leopold Pa­nek, rzeczywiście mając tego całego wesela dość i czując się źle, powinien, zanim odjedzie, natknąć się na swoich przyjaciół, sam, w towarzystwie żony? A może sytuacja tak się powinna ułożyć, iż gdy go jeden z kelnerów zawiadomi, że auto już zajechało — zre­zygnuje z wyjazdu i zostanie? Ale co z nim potem robić? Gdyby został, nie mógłby całkiem zniknąć, nawet uwzględniając, iż wszystko to nie dzieje się, lecz tylko mogłoby się dziać w kapryśnie płochych sferach czasu przyszłego niedo­konanego. Kłopot.

A w innych rejonach salonów dojdzie najpewniej do spotka­nia Celiny Raszewskiej z Adamem Nagórskim i chyba zbędny byłby wysiłek, zmierzający do sprecyzowania okoliczności, w jakich się to stanie, wystarczy wyrazić przypuszczenie, że spotkania poszuka Celina i również ona, skoro się znajdą sami, odniesie wrażenie, że Nagórski albo zupełnie nie będzie sobie zdawać spra­wy, z kim rozmawia, albo — jeśli nawet dotrze do niego jej nazwisko — nie zdąży w związku z tym dokonać paru istotnych skoja­rzeń, wciąż jeszcze pod wrażeniem rozmowy z Haliną Ferens-Czaplicką. Więc gdy po wymianie kilku obojętnych zdań Raszewska utwierdzi się w tym przeświadczeniu, powie wprost:

— Pan się jednak nie domyśla, kim jestem. Nazywam się Raszewska, Celina Raszewska.

Po czym, wciąż w jego spojrzeniu nie dostrzegając rozezna­nia, dorzuci nieco ciszej: