Rano poszedłem na spacer do parku, który zaczyna się tuż za naszymi oknami po drugiej stronie alei i na dość dużym obszarze ciągnie się aż po Wisłę. Upał, jak w lipcu. Siedziałem trochę na ławce przy nadwiślańskim bulwarze, lecz było zbyt gorąco, więc przeszedłem do letniej kawiarenki koło ZOO, tam spokojny cień, mało ludzi, dokoła ogromne drzewa i poprzez ich niski i gęsty nawis prześwitywała Wisła leciutko przymglona. Wypiłem jedno piwo i prawie w oszołomieniu, jak rekonwalescent po dłu­giej chorobie, patrzyłem na najpiękniejsze u nas światło: uspo­kojone światło września, gdy nie istnieje w naturze nic cudowniejszego nad tą czystość światła i jednocześnie jego przymgle­nie, gdy gęsty ciężar już ciemnej zieleni przyjmuje poblask słoń­ca. Patrzyłem, patrzyłem i nagle poczułem się chory. Co jesz­cze mogę zrobić? Gdzie być? Starczy mi w najcięższych chwilach ironii i nadziei? Nadziei na co?

W pewnym momencie wszedł pod namiot kawiarni młody chło­pak, chyba nie więcej niż dziewiętnastoletni, zwykły tutejszy chłopak w podniszczonych dżinsach, w jaskrawo żółtych skarpet­kach i w koszulce polo koloru bordo, półdorosły szczeniak, któ­ry jedną ręką popychał wózek z malutkim dzieckiem niemającym więcej niż rok, chyba dziewczynka, nie był pijany, ale trochę podpity, zamówił piwo, wypił je tak, jak się u nas piwo pije: wprost z butelki, a potem od razu odszedł i widziałem, jak szedł bulwarem pełnym słońca, lecz wózka nie prowadził, trochę się w nogach nonszalancko kołysał i stać mu było gestu ojcows­kiego na tyle, żeby od czasu do czasu wózek popychać, zawsze tylko jedną cwaniacką ręką, żeby się toczył sam, a on za nim szedł i gdy do niego dochodził — znów wózek popychał do przodu na pięć, sześć kroków i machał ku dziecku ręką. Był ciemny, długowłosy, smagły i poprzez jego opaloną, trochę wulgarną twarz prześwitywały uśmiechy czułości.

Jak kiedyś bardzo dawno, na przedwiośniu, gdy zaczynałem ten Dziennik i jeszcze nie wiedziałem, co będzie z Miazgą da­lej — zapragnąłem nagle wyjechać, po prostu gdzieś wyjechać, być gdzie indziej, odetchnąć, ujrzeć krajobraz inny od tego, który widzę codziennie, wyjechać, odetchnąć, odnowić oczy i słuch, zostawić zmęczenie i bezsilną samotność, zostawić sie­bie, i wyjechać, i odetchnąć, i patrzyć, i słuchać, a przede wszystkim odetchnąć.

sobota, 12 września

Z Ewangelii św. Jana:

„Arcykapłan zapytał tedy Jezusa o jego uczniów i jego naukę. Jezus mu odpowiedział: »Ja przemawiałem jawnie przed światem. Uczyłem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie nie uczyłem niczego. Dla­czegóż mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mó­wiłem. Oto oni wiedzą, co mówiłem«.

Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących wymie­rzył Jezusowi policzek, mówiąc: »Tak odpowiadasz arcykapłano­wi?«.

Odpowiedział mu Jezus: »Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, czemu mnie bijesz?«” (18, 19–23).

poniedziałek, 14 września

W radiowej audycji „Popołudnie z młodością” wywiad z trzema młodymi dziewczynami, uczennicami ostatniej klasy jed­nego z najlepszych liceów warszawskich. Kilka fragmentów na gorąco zanotowanych: