Keller:
— Widzisz, mistrz Kubicki lepiej od ciebie zna wielkoświatowy savoir vivre.
— Wielkoświatowy!
— Ostatecznie twój papa jest prezesem w randze ministra i był ambasadorem.
— Ale nie księciem krwi, a to chyba jest pewna różnica, czy nie tak, panie Kubicki?
Mistrz Kubicki:
— A owszem, owszem, różnica jest.
— Przepraszam — na to Keller — w naszym ustroju tytuł ambasadora albo ministra odpowiada mniej więcej randze księcia krwi, a w każdym razie księcia. Nie sądzi pan, mistrzu?
— I tak, i nie, proszę łaskawego pana. Minister, owszem, wysokie stanowisko, ambasador też, nie powiem, ale ministrem, łaskawy panie, można być i potem przestać, a jak się kto księciem urodził, to trudno, księciem umiera.
— Rozumiem! — wykrzyknie Keller, ujawniając swoją słynną, bo jemu tylko właściwą akcentację — przekonał mnie pan, mistrzu. Moniko, nie pójdziemy żegnać i odprowadzać do drzwi twoich rodziców. A panu, mistrzu, składając wszystkie należne dzięki, chcielibyśmy się chociaż skromnym drobiazgiem odwdzięczyć za chwile niezapomnianych doznań sztuki kulinarnej, jakie stały się udziałem i naszym, i naszych gości dzięki pańskiemu nieporównywalnemu artyzmowi. Słyszeliśmy, że ceni pan sobie szlachetny trunek zwany koniakiem, będziemy więc szczęśliwi, moja żona i ja, jeżeli przyjmie pan od nas na pamiątkę tę skromną butelczynę.