— A dziękuję, bardzo dziękuję łaskawym państwu. Napoleon, owszem, znam, wysoka marka, a koniak w ogóle trunek bogaty. Ksią­żę Białozierski-Biełosielski z rodziny Rurykowiczów, pracowałem u niego w Petersburgu jeszcze przed pierwszą wojną, zawsze kie­dy się obudził rano, kazał podawać filiżankę mocnej kawy i kieliszek koniaku, mawiał przy tym: jak zaczniesz dzień od czarnej kawy i kieliszka koniaku, to go skończysz, nie obawiając się następnych. Dziękuję łaskawym państwu, owszem, zawsze sobie ce­niłem i cenię dobry koniak, kilka lat temu świętej pamięci pan Cocteau, tak mu do smaku przypadł mój sposób przyrządzania san­dacza, że i tutaj nie mógł się dość nachwalić, i potem z Francji przysłał mi trzy butelki Martela, kulturalny pan, znał się na wykwintnej kuchni.

— Słyszeliśmy coś o tym słynnym sandaczu — powie niechyb­nie Monika, której w swoim czasie opowiadał był o przyjęciu dla Cocteau w Jabłonnie Stefan Raszewski.

— O, to bogate danie — uśmiechnie się mistrz Kubicki — pełne finezji!

— Niech pan nam opowie, mistrzu, jak się to robi? — Moni­ka dziewczęco złoży obie dłonie, jak do modlitwy — umieramy z ciekawości, to musi być szalenie dowcipne!

— Z pewnością — dołączy się i Pan Młody, choć bez szczegól­niejszych gestów, świadomy autonomicznych zalet swego głosu — będziemy szczęśliwi, jeśli zechce pan nas, profanów, wprowadzić bodaj na moment w tajemnice swojej sztuki. Wiemy, że przepis, to jeszcze nie wszystko, że i w sferach służących radościom oczu, a przede wszystkim subtelnym uciechom smaku i powonienia, o efekcie końcowym decyduje sprawność duchowa, element inwen­cji, nowości, natchnienia...

— Konrad! — zniecierpliwi się prawdopodobnie Panna Młoda.

— Przepraszam, już się zamieniam w słuch.

Mistrz Kubicki:

— To jest danie, jak państwu wspomniałem, bogate i pełne finezji. Bierze się sandacza i wycina z niego długie wąskie paski mięsa. Następnie paski zwija się w ruloniki i układa na masło, po czym wkłada się je pod parę i polewa białym winem. Resztę ryby, po usunięciu ości, przeciera się w maszynce, a nas­tępnie przez jedwabne sito. Tak otrzymaną masę rozciera się ze śmietanką, aż powstanie puch. Do puchu dodaje się masła rako­wego. Bierze się włoski makaron, i tnie na mniejsze kawałki. Tymi kawałkami wykłada się garnek po bokach i na spodzie, przy­klejając makaron, aby się trzymał ścianek. Do środka wkłada się przygotowaną masę i ugniata po bokach, w środku zostawiając otwór. Do środka wsypuje się szyjki radowe i pieczarki, po czym zakleja się otwór, wszystko razem znów idzie pod parę. Nas­tępnie wyjmuje się tę konstrukcję, która znajduje się jakby w koszyku z makaronem — i kładzie na półmisku. Naokoło okłada się rulonikami z sandacza i szyjkami rakowymi, smaruje ją masłem rako­wym i polewa rakowym sosem. To wszystko!

— Fantastyczne! — zwołała Monika, dla podkreślania stopnia podziwu kładąc mocny i przeciągle śpiewny akcent na pierwszą sy­labę — tego się słucha, jak najpiękniejszej poezji.