— Prosimy — powie.

Na tak sielski, zgoła familiarny nastrój Ksawery Panek nie będzie, jak się zdaje, przygotowany. Stojącemu na progu, z wro­gim i nienawistnym tłumem poza plecami, przestrzeń paru metrów lśniącego parkietu, jaka go będzie oddzielać od siostry i Rasze­wskiego (też szwagra?), wyda się naraz zbyt trudna, prawie niemożliwa do przebycia, poślizgnę się — pomyśli, i sięgnie do kie­szonki smokinga, aby chustką przetrzeć zwilgotniałe czoło, lecz i ten zabieg — dla osób postronnych naturalnie niedbały — nie przyniesie mu ulgi. Boże — pomyśli — niechby zginął, na zawsze przepadł ten przeklęty chłopak, Boże, jakbym go chciał zobaczyć w trumnie, rozgrzanymi od potu oczyma patrzeć będzie na parę stoją­cą w niebezpiecznym oddaleniu przy czeczotowym stole, na te zna­ne sylwetki, teraz groteskowo zniekształcone, z twarzami wydłu­żonymi jak pyski zwierząt i z rękoma ciężko zwisającymi wzdłuż nieforemnych ciał, i nagle, jakby ów obraz wydzielał ostrą woń amoniaku, otrzeźwieje, a przynajmniej wyda mu się, że wytrzeź­wiał.

— Wasze zdrowie! — powie, podnosząc kieliszek podany gospoda­rską dłonią Raszewskiego.

— Strasznie to zgrabnie z twojej strony, Ksawery — na to Monika. — Szkoda, że nie ma Konrada.

Ksawery:

— On wytwarza teraz społeczne lepiszcze. Wasze zdrowie!

Raszewski trochę nieopatrznie, a może i świadomie, żeby wilka wywołać z lasu:

— Co wytwarza?

— Społeczne lepiszcze.

Monika: