— Wolał cię zbyć reumatyzmem niż się chwalić, że całe plecy ma w bliznach po wojennych ranach. Oceń to, jak uważasz za właś­ciwe.

— Ach tak? — Ksawery na to. — Jesteś doskonale zorientowana w topografii pleców pana Raszewskiego.

— Owszem, jestem! — Monika lekko odeprze atak. — Papa nie raz opowiadał, jak kilka kilometrów niósł pana Raszewskiego na plecach nieprzytomnego.

— To naprawdę niepotrzebne, Moniko — odezwie się Raszewski.

Monika gwałtownie:

— Owszem, bardzo potrzebne, nie pozwolę, aby byle...

Lecz dalsze jej słowa przytnie głośny, trochę histeryczny śmiech Ksawerego. Będzie to tego rodzaju śmiech, którego nie spo­sób pohamować, chwyta bowiem człowieka nagle i wbrew jego woli, wylewa się z piersi i z brzucha, jak gęsty krwotok, ciśnie się lepkim strumieniem do krtani i podobny nawiedzeniu, opętaniu lub atakowi epilepsji musi swoją ofiarą potrząsnąć i targać, od samego początku obcy wesołości, natarczywy, bełkotliwy, dręczący. Tak więc Ksawery podobnym śmiechem przyłapany, odruchowo uwolni się od zawadzającego w tej sytuacji kieliszka, odstawi go na stolik, a sam zachłystując się spienionym chichotem przejdzie chwiejnie kilka kroków po niepewnej linii przypominającej pętlę, niezdarnie przy tym, jakby się opędzał przed rojem złośliwych szerszeni, wymachując rękoma... okropność, i jaki wstyd!

Na szczęście zarówno Monika, jak Raszewski będą milczeć, trochę zaskoczeni, a pewnie i stropieni tą nieprzyzwoitą mani­festacją byłego starszego asystenta przy katedrze historii filo­zofii współczesnej. Więc z braku nowych bodźców zewnętrznych zgaśnie najpewniej śmiech Ksawerego równie nagle, jak się był nagle objawił. Spostrzeże wówczas Ksawery, iż zgotował sobie sy­tuację nieomal tak drastyczną, jakby się naraz, w tym oto histo­rycznym gabinecie, pokazał na golasa. Coś podobnego zachrobocze prawdopodobnie w jego umęczonej głowie. Przybierze zatem — tak można przypuścić — wiadomą pozycję i kołysząc rękoma opuszczony­mi wzdłuż zgiętego ciała, spojrzy spode łba na stojącą nierucho­mo w głębi parę i wystęka bełkotliwie:

— Przepraszam.

Po czym, ciężko poruszając stopami wykona zniekształconym ciałem pełny obrót i zgięty, kołysząc się prawidłowo wedle obja­wów kamptokormii, z twarzą wykrzywioną cierpieniem opuści miejsce swoich ryzykownych przedsięwzięć.