Ksawery:

— Reumatyzm?

Raszewski:

— Właśnie.

Być może Monice się przypomni: skąd to masz? — pyta, gdy pod palcami, muskającymi barczystą nagość męskich pleców, wyczuje chropawe zgrubienie skóry, on: co?, ona: strasznie tego dużo, on: hitlerowcy nie oszczędzali amunicji, ona: byłeś ranny?, on: gdy­by nie twój ojciec nie leżałbym przy tobie, tylko zupełnie gdzie indziej i od dawna, ona po chwili: żartujesz, on: dźwigał mnie na plecach nieprzytomnego kilka kilometrów, ona: nie? nie mogę sobie wyobrazić, żeby mego papę stać było na coś podobnego, on: byłem wtedy szczupły, tego też pewnie nie możesz sobie wyobra­zić, ona: nie muszę, jesteś cudowny!

Natomiast Ksawery, czując, że sytuacja rozpływa się w nija­kiej (oportunistycznej?) ugodowości, jeszcze raz pozwoli się za­garnąć natarczywej, nieomal zmysłowej potrzebie wychylenia się. Naleje zatem szampana do kieliszka i powie:

— Przy tego rodzaju dolegliwościach reumatycznych wiatry wschodnie bywają szczególnie dokuczliwe, prawda?

Lecz tu, nim Raszewski zdąży odpowiedzieć, wyręczy go Pan­na Młoda:

— Wstydź się — powie, odwołując się do najniższych, prawie kontraltowych rejestrów swego głosu, a delikatnie perłowa karna­cja jej twarzy lekko pociemnieje. — On jest prawdziwym mężczyzną.

— Nigdy w to nie wątpiłem.