Do Krzysztofa Baczyńskiego albo elegia nocy zimowej

Mieszkam na szczycie wiatru. Białe chaty śnieżyc

trą językiem o szyby i kły lśniące szczerzą.

A jak słoneczny zegar cień odmierza księżyc

kołując jednostajnie w gwiazdozbiorach zwierząt.

Dokąd jeszcze? To noc jak krew krzepnie na szybach

i martwe oczekiwanie wieżami pręży się w niebo.

To fala płaską piersią jeziora podrywa

i opada. Odchodzi niemym kręgiem śpiewu.

Dłoń kostnieje, gdy z trudem sznury dróg zmarzniętych