Rychło z Nîmes uciekłem, dążąc z powrotem ku sercu Prowansji. Nie zatrzymywałem się tym razem nigdzie po drodze. Pociąg biegł przez Sewenny29; przed oknami wagonu przesuwały się łyse wzgórza wapienne, smutne beznadziejnie i postacią, zarówno jak opuszczeniem żywo mi Kras30 przypominające.
Na lewym brzegu Rodanu krajobraz się zmienił. Wjechaliśmy na szerokie równiny prowansalskie, uprawne jak ogród i budzące się już wczesną wiosną ze snu zimowego. Zdziwiły mnie początkowo pola, podzielone w kwadraty rzędami gęsto sadzonych cyprysów, tworzącymi jakby żywopłoty wysokie, wszystkie ku jednej pochylone stronie. Później dopiero zrozumiałem, że jest to ochrona zasiewów przed nawiedzającym z zachodu Prowansję mistralem, wichrem nad wichrami, co dmie nieraz przez całe tygodnie, zrywając się stale przed południem, aby dopiero o słońca zachodzie na noc przycichnąć.
Prześladował mnie on swym podmuchem potężnym i lodowatym w Awinionie i teraz znów drobnym deszczem zacinał, gdy do Arles dojeżdżałem. W mgle i w drobnym dżdżu szedłem bezlistnymi platanami wysadzoną aleją od dworca ku bramom miasta i zmrok już padał przedwczesny, kiedym się znalazł w sieci starych, ciasnych ulic.
Dziwne mnie ogarnęło uczucie. Przede mną z szarej opony31 wyłaniały się domy wiekowe, nierzadko o łukach romańskich, szeregiem okien z żelaznymi balkonikami patrzące w wąskie ulice, domy tak długo stojące obok siebie, że zda się w jedną się już zrosły całość i wiekiem się upodobniły między sobą, jak owi małżonkowie, co życie całe razem spędzili... W bramach ukazywały się milczące kobiety w czarnych sukniach z białymi stroikami płóciennymi na głowie, po odwiecznym, nierównym bruku zaturkotał kędyś dwukolny wóz przez muła ciągniony.
Miałem przez chwilę złudzenie, jak gdyby w tym starym mieście czas się cofnął naprawdę, czy może zatrzymał na pewnej godzinie, dla reszty świata już dawno zamierzchłej jak zegar nienaciągnięty — i Arles jest po dawnemu stolicą tego kraju trubadurów i rycerzy, z których lada chwila jakiś na rogu ulicy we mgle się ukaże, jadąc konno i z pachołkiem na turniej śpiewaczy na dworze przesławnych hrabiów des Baux32 lub na obwołaną po Prowansji krzyżową ciągnąc wyprawę...
Wstyd mi było przed samym sobą płaszcza gumowego i nowożytnej walizki w ręku; zdawało mi się, że wpadłem cudem w inną epokę w tym stroju cudacznym i śmiesznym.
Oto jakaś gospoda przede mną. Wiem, że Baedecker, pokutujący w mojej kieszeni, poleca wyłącznie dwa hotele w innej stronie miasta, ale strach miałem przed Baedeckerem i jego radami w tej chwili... Gotówem się znaleźć w „europejskich” z komfortem pokojach i patrzeć na wyfraczonych lokajów o zastygłych minach...
Przez szerokie drzwi w kamiennych odrzwiach, mimo chłodu na oścież rozwarte, wszedłem do ogromnej izby czy sieni, będącej zarazem salą jadalną. Godzina była wieczorna, obiednia — przy biało nakrytych stołach siedziało dziwne towarzystwo: ludzie z miejska i dostatnio poubierani, woźnice i robotnicy w bluzach niebieskich, którzy jednak po pracy mogli sobie pozwolić na obiad za trzy franki z butelką wina.
„Le Français est excessivement riche”33, pisze Emil Reich w swej książce Vanite allemande. To prawda, że nigdzie nie widziałem tak wysokiej stopy życiowej u pracującego ludu, jak we Francji, zarówno na północy, jak na południu. Ale też z pracowitością romańską tych ludzi żadna w porównanie iść nie może. Bajki to są czyste o dobrobycie, skrzętności i wytrwałej pracy Niemców!
Rozmyślania przerwała mi jakaś schludnie ubrana dziewczyna, która odebrała walizkę z mej ręki, a dowiedziawszy się, że szukam pokoju, jęła mnie prowadzić na górę. Dosyć długo to trwało. Szliśmy naprzód przez jakiś dziedziniec, zastawiony próżnymi beczkami z wina, potem po drewnianych, do muru przyczepionych schodkach na piętro i gankiem, zawieszonym jak most w powietrzu, do drugiego skrzydła dużego domu... Pokoik mój był mały, z kamienną posadzką, nieszczelnym oknem i drzwiami, zamykającymi się od balkonu bezskutecznie na klucz wielkości sporego rożna, ale przed oknem miałem za to kosz z kutego żelaza zawieszony nad ulicą i widok ponad czerwonymi dachami na ciężką dzwonnicę romańską katedry św. Trofima34. Naprzeciw, po drugiej stronie ulicy arlezjanka jakaś młoda szyła coś w oknie, korzystając z brzasków ostatnich uciekającego dnia.