Zgrzytnęło coś w jego wspomnieniach, jak gdyby przyschła rana, na nowo brutalnymi palcami rozdarta: ból zaparł mu oddech na jedną chwilę. Tu oto, na tej podłodze leżał po raz ostatni u jej nóg i białe, sprężyste kolana całował, błagając, aby wyłącznie do niego należała, stargawszy luźne oficjalne więzy, które ją z innym człowiekiem łączyły — i stąd wstał, cięty brutalnym słowem jak szpicrutą15, by iść w świat na dziesięcioletnią tułaczkę, na trud i walkę i pracę, na zapomnienie tego wszystkiego, co było...

— Wrócisz! — zaśmiała się za nim.

Powrócił.

Wir jakiś zakotłował mu w piersi i w głowie, cały przeciąg dziesięciu lat, wszystkie wypadki, które go wypełniały, wszystkie trudy i zwycięstwa, wszystkie usta, które mimochodem całował, nazajutrz poza siebie rzucając, wszystko co przeżył, czego doznał, co przebolał, czym się cieszył, co zdziałał, co zdobył w tym okresie wieloletniej wędrówki — naraz niczym mu się stało, jak rdzeń bzu zgnieciony między dawnym, potężnym wspomnieniem, a nieubłaganą, żelazną prawdą dnia dzisiejszego.

Miał wrażenie, że otchłań otwiera się przed nim na nowo.

II

— Turski powrócił!

Poleskiemu wpadły te słowa w ucho gdzieś od drugiego stolika i powtórzył je kilkakrotnie bezmyślnie, patrząc z natężeniem w stojące przed nim figury szachowe.

— Turski powrócił... Turski powrócił; teraz, panie kochany, szach! Turski powrócił...

Nareszcie zauważył, co mówi. Wzniósł żywo głowę i spojrzał w stronę, skąd głos go doleciał.