— Kto mówi, że Turski powrócił? — zapytał teraz z zupełną świadomością.

Przy stoliku obok siedziało kilku ludzi. Jeden z nich, łysawy blondyn z ryżą brodą i powiekami bez rzęs, zapijający właśnie czwartą czy piątą szklankę wody po wypitej przed godziną czarnej kawie, powstał i nie wyjmując rąk z kieszeni, podszedł ku Poleskiemu.

— Pan nie słyszał? Zobaczyłem go dzisiaj na ulicy...

— Turskiego? Romana Turskiego?

— Tak jest. Ledwo mogłem go poznać. Ogorzał, wygolony...

— Może to nie on! — rzucił od stolika przedziwnie chudy jegomość z pospolitą, starannie anglizowaną16 twarzą i złotymi zębami. — Musiałeś się pan omylić, panie Merser!

Ryży blondyn obrócił się żywo, potrącając sterczącymi łokciami stojących obok.

— Jakże! Przecież z nim mówiłem...

Poleski wsparł się obiema rękami na poręczy krzesła i zwrócił z trudem swą garbatą postać ku mówiącemu.

— Mówił pan z Turskim? Dziś? Tu?