— Owszem, ludzie się dziwią, że ja ją tak kocham... — szepnęła trochę nieśmiało.
— I pani chce, aby tak sądzono?
Zapanowała już nad sobą. Roześmiała się swobodnie i spojrzała Turskiemu śmiało wprost w oczy. Zauważył, że pod pokrywą bielidła wystąpiły jej na twarzy ceglaste wypieki.
— Co też pan mówi! Jest to najlepszy dowcip, jaki mi się zdarzyło w życiu usłyszeć! Ja ją tak kocham, tak strasznie kocham... Czyż inaczej mogłabym jej przebaczyć to wszystko...
Urwała nagle, usta zadrgały jej skurczem... bólu? Okrucieństwa? Czy też tłumionego płaczu?
— Co jej pani ma do przebaczenia?
— Źle się wyraziłam. Nic jej nie mogę przebaczać, bo ona nic nie zawiniła. Trudno jej robić zarzut z tego, że jest tak niesłychanie piękna, że taki urok nieprzezwyciężony posiada, że wszyscy, wszyscy, którzy się do nie zbliżą, muszą dla niej oszaleć! Och, to jest jedyna kobieta, na całym świecie jedyna. Czyż pan sam nie przyzna? Zawsze taka była.
— Pani zna ją od dawna?
— Nie wypada mi liczby lat wymieniać; wszakże ona ciągle tak młodo wygląda... Ale znamy się prawie od dziecka. Dziewczętami — och, nie była wtenczas jeszcze księżną! — kochałyśmy się bardzo, bardzo. Zawsze byłyśmy razem. Deux inseparables111 — mówiono o nas... Tylko wie pan? To takie zabawne! Wówczas ja miałam włosy czarne, a ona jasne, bardzo miłe, chociaż trochę w przykry, lisio-żółtawy kolor wpadające. Ostatecznie dobrze, że je później zaczęła czernić... Zresztą była dla mnie zawsze ideałem piękności, dobroci. Patrzyłam w nią, jak w obraz... Krwi bym jej swojej była utoczyła...
— I cóż? Rozstała się pani z nią, wychodząc za mąż — badał Turski, niby mimochodem i bez zainteresowania, choć czuł, że pani Irena opowie mu tylko to, co zechce — i dlatego, że zechce.