Uśmiechnęła się nieco wstydliwie.

— Ja wcale za mąż nie wyszłam.

— Jak to? Wszakże słyszałem...

— Ach, to jest taka rzecz... Stanowisko panny, gdy się nie jest już tak najzupełniej młodą, jest trochę śmieszne i krępujące. Wymyśliłam sobie więc tego męża, który nigdy nie istniał. Hela wie o tym, ale ona umie milczeć, gdy chce. Jej można każdą tajemnicę śmiało powierzyć. Nie sądzi pan?

— A mnie? Skąd pani wie, że ja umiem tajemnicy dochować?

— O! Ja pana znam. Może nawet lepiej, niż pan sam siebie.

Ruszył ramionami na ten dość banalny i zwykły frazes. Szli jakiś czas wolno, w milczeniu.

— Ale byłam zaręczona — zaczęła znowu po chwili — i tutaj stało się właśnie to nieszczęście...

— Nieszczęście?

— A tak. Trudno to nazwać inaczej. Nikt nie był winien przecież. Ja byłam młoda i... kochałam narzeczonego. Mniejsza o to. Chciałam się Heli pochwalić... Był taki cudnie piękny, tak pełen życia, młodości, śmiał się zupełnie jak dziecko pełnymi, czerwonymi usty i oczy mu tylko błyszczały pod rozwichrzoną płową czupryną. Hela nie znała go jeszcze.