XI

Społeczna myśl Romana Turskiego wzięła w łeb całkiem ordynarnie i dokładnie. On sam za to wziął się do budowania teatru. Nabył obszerny szmat gruntu na wzgórzu, zamykającym zakopiańską osadę od wschodu — i nie zwłócząc129 dłużej tam, naprzeciw Tatr, pobielonych już ponad czarnymi, leśnymi reglami wczesnym śniegiem jesiennym, kazał przed zimą zakładać podwaliny pod budowę.

Wzgórze całe wraz ze stokami miało być zamienione w leśny park, dołem szerokim liściem w lecie szumiący, wyżej czarny i pachnący żywicą drzew szpilkowych. Jeno zbocze południowe, ku Tatrom otwarte, miało zostać niezalesione.

— Będzie tu łąka — mawiał do znajomych — wczesną wiosną fioletowa od wydostających się spod śniegu krokusów, jak dywan turecki różnymi barwami kwiatów na zielonym tle tkana w lecie, pod jesień coraz więcej błękitna od goryczek... Potem złota i rdzawa, aż biel śniegu wszystko pokryje...

Szczyt wzgórza łysy zrównano, tworząc obszerną platformę, od wschodu, północy i zachodu ogromnym półkręgiem lasu ciemnego zamkniętą.

Główna oś budynku, greckim perystylem z jońskich kolumn otoczonego, miała iść w kierunku igły magnetycznej, w ten sposób, że wejście przez wyniosły portyk zwrócone by było ku północy, a scena umieszczona w południowej części, kończącej się razem z platformą tuż przy opadającej ku Tatrom łące.

Wbrew radom inżynierów i architektów Turski uparł się nie przeprowadzać z tyłu poza sceną zwyczajnego w nowożytnych teatrach korytarza. Jedynym jej zamknięciem w głębi miała być ściana, dająca się na całej szerokości rozsunąć i otwierająca wtedy widok na góry.

Całymi godzinami Turski siedział nad planem i śnił o tym teatrze. Widział już w myśli gotowy gmach do greckiej świątyni podobny, z co najbielszych, niepożytych garnitów tatrzańskich nad ciemną masą leśnego wzgórza wzniesiony. Wyobrażał sobie jak widzowie, zdążający na pierwsze, uroczyste przedstawienie, będą wstępować wężowymi drogami w górę — spomiędzy brzóz, jesionówi jaworów w dole między buki czerwone, między modrzewie, coraz gęściej smrekami przetkane, aż ich ogarnie na chwilę surowy, poważny, chłodny bór świerków i jodeł, zakończony nagle wieńcem czarnych limb przed otwierającą się płaszczyzną szczytową i białym szlachetnego gmachu portykiem. Po stopniach szerokich, przez drzwi z brązu odlane, pomiędzy kolumny pójdą przez atrium z sadzawką po środku, po mozaikowej posadzce, około kutych w marmurze posągów największych twórców dramatycznych świata, aż tam pod purpurową zasłonę, salę widzów od przedsionka dzielącą...

W sali wznoszące się amfiteatralnie rzędy siedzeń z ciemnego, dębowego drzewa, bez złoceń, bez pluszów czerwonych, kością tylko na rzezanych poręczach wyłożone, dokoła ścian balkon jeden na korynckich słupach oparty, z kamienną u góry balustradą. Na stropie peplon ogromny, fałdzisty, ciemno-purpurowy, z elektrycznem słońcem po środku. Dla orkiestry miejsce zostawiono półkoliste, niezbyt wielkie i nieznacznie tylko wgłębione — i drugie, do wyboru lub równoczesnego użytku w głębi wysoko, ponad balkonem, jak chór kościelny, w otwartej niszy czy loży...

— Mogę zrzucać cichą muzykę na głowy zadumanych ludzi, lub dwóm orkiestrom kazać z sobą poprzez salę widzów rozmawiać — myślał Turski i patrzył znów na rysunek ujęcia scenicznego otworu, przedstawiający portyk nad poziom sali czterema szerokimi, od orkiestry idącymi stopniami wzniesiony, z korynckim belkowaniem i wypełnionym rzeźbą naczółkiem. Miejsce nudnej kurtyny zajmowała znowu ciężka, na brązowych pierścieniach zawieszona i rozsuwana zasłona. Po obu bokach stać miały trójnogi z brązu z czarami dla palenia kadzideł, na przodzie, wśród stopni, w miejscu budki suflera, ołtarz grecki niewielki.