A ona mówiła tymczasem:

— Dziękuję ci. Nie chodzi mi o dochód ani o majątek... Za mąż i tak bym prawdopodobnie nie wyszła. Ale tak mnie zabolała twoja nieufność... Nie wiedziałam, że w ten sposób możesz moją żywość i tęsknotę za życiem tłumaczyć. Teraz, gdy wyzdrowiejesz, zobaczysz! Wszystko będzie dobrze! Będziesz bardzo, bardzo kochał Iwonka, jeszcze więcej, niż dotychczas. Ja będę do ciebie przychodziła często i będziemy mówić... wspominać... Jakże się czujesz w tej chwili? Czy lepiej?

Chory leżał bez ruchu z przekręconą na ramię głową i patrzył na nią szklistymi oczyma spod opadłych nieco powiek. Usta miał rozchylone i jakby poczerniałe, palce sztywno leżały na rozłożonym testamencie.

Księżna zaniepokoiła się. Jakiś niewytłumaczony lęk ją ogarnął.

— Chcesz może przespać się trochę? — mówiła drżącym i przycichłym głosem. — Wyjdę na chwilę. Po prostu dlatego, abyś mógł odpocząć. Wrócę za godzinkę. Może lekarz tymczasem...

Książę nie odpowiadał. Więc ona wstała i sądząc, że zasnął z tak wpół otwartymi oczyma, cicho, cichutko, aby go nie zbudzić, wyciągnęła papier spod jego dłoni. Ręka, poruszona, zsunęła się bezwładnie po kołdrze aż na brzeg łóżka. W jego mętnych oczach, patrzących nie wiadomo gdzie, było coś niewymownie strasznego.

— Robert! Nie patrz tak! Ja się boję!

Nieświadomym, szybkim odruchem przykryła mu oczy dłonią. Chłodne, wiotkie powieki zsunęły się pod dotknięciem na źrenice. Cofnęła rękę i nachyliła się nad nim. Z sinych ust, spoza języka, leżącego bezwładnie w jednym kącie na zębach, nie wychodził żaden oddech, nabrzmiałe żyły na szyi, zrywane do niedawna nieregularnym tętnem, wygładziły się i zapadły, mętna, popielata bladość zachodziła na wyschłe policzki...

Wyrwał się jej z gardła straszliwy krzyk grozy, przestrachu, wstrętu.

Książę był nieżywy.