Poleski patrzył jej teraz w oczy zimnym, nieubłaganym spojrzeniem.
— No, nie patrzyć tak, panie doktorze, ja nie chcę!
Zakryła mu oczy dłoniami a potem całą niekształtną głowę jego przygarnęła do dziewczęcej piersi i poczęła błądzić ustami świeżymi po zapadłych, sinobladych policzkach, po czole, po szczecinowatych włosach...
— Mój, mój malutki, biedny doktorek! Cicho, Rózia popieści, utuli.
Przez chwilę poddawał się biernie pieszczocie, aż naraz odepchnął ją gwałtownie od siebie.
Zatoczyła się i usiadła na sofie, patrząc nań zdumiałymi, przerażonymi oczyma.
— Pan się na mnie gniewa? Co ja zrobiłam?
Milczał przez jakiś czas, nie spuszczając z niej oka.
— Słuchaj, Róziu, czy ty mnie kochasz?
— Kocham, kocham! Przecież pan wie, nikogo oprócz pana...