Nim spostrzegł, co robi, uchwyciła dłoń jego i pocałowała.
— Co pani...? — krzyknął.
— Dziękuję. Wszystko się dobrze stało, tak jak się stało; widocznie musiało tak być.
— Och, pani! Pani Heleno!...
— Cicho. Musiało być. Teraz już ci nie wolno opuścić mnie. Pokazałeś mi drogę do nowych światów, na wyżyny sztuki... Teraz musisz się opiekować mną i dzieckiem, i twoim dzieckiem, Romek!
Nie wiedząc prawie, co czyni, pod wrażeniem całego dziwnego wieczoru, ukląkł przed nią i przycisnął usta do jej ręki. Nie broniła mu jej, owszem drugą cicho i delikatnie poczęła gładzić jego włosy.
W pół godziny w najlepszym gabinecie hotelowej restauracji towarzystwo znajdowało się w komplecie. Stół był okrągły. Po prawej ręce księżnej siedziała pani Irena, uśmiechnięta i wymalowana, ze śladami wypieków, przebijającymi spod warstwy pudru, po lewej stało próżne krzesło, a dalej usadowili się kolejno: Rohityn, Golimski, Wierzbic i wreszcie Rogocki. Turskiego jeszcze nie było — zatrzymano go na wychodnym w jakiejś pilnej sprawie w teatrze, Płażyński kręcił się po gabinecie, wydając w imieniu księżnej polecenia słuchającemu go nabożnie lokajowi. Śmiano się i żartowano, niecierpliwiąc się nieco przeciągającą się nieobecnością Turskiego, bez którego księżna nie chciała rozpocząć kolacji.
Zjawił się nareszcie. Powitano go gromkim okrzykiem. Wszedł przybladły trochę, ale uśmiechnięty i swobodny, i powitawszy jeszcze raz księżną, rzucił przed nią na stół ogromny pęk białych róż.
— Czy nie zatrute? — zaśmiała się, nawiązując do roli, którą dziś grała.